Zawodowe dziewczyny

 

Anna Dobrowolska, Zawodowe dziewczyny. Prostytucja i praca seksualna w PRL, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2020.

Kurtyzany, ladacznice, córy Koryntu, prostytutki, dziwki, cichodajki, dupodajki, mewki, kurewki, arabeski, tirówki, tranzytówki, nierządnice, gruzinki, eskortki, ulicznice, pracownice seksualne, kobiety lekkich obyczajów, królowe nocy, call girl, jawnogrzesznice, kokoty… ten zawód – jak chyba żaden inny – obrósł niebotyczną liczbą określeń, choć niewielu naprawdę wie, jak naprawdę określają się jego przedstawicielki. Jakie panują w nim podziały, różnice, hierarchie? Jak ewoluował, reagując na różne historyczne i ekonomiczne zmienne, czy jak odzwierciedlał szersze otoczenie kulturowe?

Mapa i terytorium

Książka „Zawodowe dziewczyny” jest w Polsce pod pewnymi względami pionierska. Nie tylko opisuje kwestię prostytucji i pracy seksualnej w PRL-u (1945-1989) w sposób systematyczny, jakiego nie było dotąd w polskim piśmiennictwie naukowym, to jeszcze przeoruje pole narosłych stereotypów i mitów krążących wokół zawodu, proponuje czytelne i praktyczne rozróżnienia, ale przede wszystkim pokazuje jak dotychczasowe narracje o tzw. najstarszym zawodzie świata rozmijały się z prawdą choćby o motywacjach do pracy. No bo jeśli prawdziwa odpowiedź (np. wolny wybór) nie znajduje się w żadnym kwestionariuszu, to jaka jest wartość takiego narzędzia? Dobrowolska pokazuje, że lata badań, setki raportów i analiz, obserwacji funkcjonariuszy MO i powtarzających ich ustalenia publicystów trafiały kulą w płot faktycznych problemów pracownic seksualnych. Skoro na dzień dobry traktowało się osoby świadczące usługi seksualne jak istoty bez własnego głosu, podmiotowości, woli i sprawstwa, a zamiast zrozumieć specyfikę ich pracy narzucało własną siatkę moralnych ocen, to cóż… choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadł tysiąc kotletów, to nie udźwigną. I nie z powodu ciężaru tematu, ale złej metodologii!

To książka z kategorii trudniejszych – i w lekturze i w tworzeniu. Nic dziwnego, skoro autorka zapuszcza się w teren może nie dziewiczy, ale zamieszkały przez barbarzyńców, zanim w ogóle ruszy dalej, musi najpierw odnaleźć podstawowe współrzędne. Dużo miejsca poświęca więc na rozsupływanie kołtuna informacji, jakie zostały po PRL-u. Składają się na niego kryminalne raporty, teczki UB, dokumenty milicji, agendy różnych komunistycznych organizacji, ale też twory krajowego dziennikarstwa – materiały cokolwiek kłopotliwe szczególnie jako źródło wiedzy.

Dobrowolska niteczka po niteczce oddziela te wątki, które na coś mogą się przydać, omawia ich wiarygodność i z tego, co się ostatecznie nada plecie historię pracy seksualnej w powojennej Polsce. Nic dziwnego, że wymaga to czasu, przemyślenia wielu kwestii, uważnego doboru każdego źródła, ale cierpliwi zostaną wynagrodzeni. Szczególnie czuła jest na jakiekolwiek ślady głosu pracujących kobiet – czy to w dokumentach śledczych czy w reportażach z epoki – i z tych świadectw czyni kluczowe dla kolejnych rozdziałów symbole zmian. Nie znaczy to jednak, że tylko na tych głosach buduje całą pracę. Nie dlatego, że nie szanuje postulatu współczesnych pracownic seksualnych, które same chcą zabierać głos w swojej sprawie, ale dlatego, że bada dyskurs – czyli sposób w jaki w społeczeństwie o pracy seksualnej mówiono. A o prostytucji rzadko zabierały głos same prostytutki.

Cząstki elementarne

Prostytucja nie jest w Polsce zawodem nielegalnym, dzięki ratyfikowanej w 1952 roku Konwencji ONZ w sprawie zwalczania handlu ludźmi i przeciwdziałania prostytucji. Nielegalne jest czerpanie korzyści z pracy seksualnej innych osób lub przyczynianie się do niej (sutenerstwo, stręczycielstwo, kuplerstwo). Zakazane są wszelkie działania wymierzone w pracowników i pracowniczki jak szykanowanie, specjalne rejestracje (jak „czarne książeczki” w XX-leciu międzywojennym) czy resocjalizacja (jak powojenne internaty dla nierządnic). Tyle teorii. W praktyce – jak pokazała Dobrowolska – prostytutki pozostały głównym obiektem zainteresowania i oddziaływania socjalistycznej władzy. Bo to one najłatwiej było wykorzystać jako element, a to planu zwalczania chorób wenerycznych, a to walki z handlem dywizami czy przestępczością zorganizowaną, a to jako klasyfikację nienormatywnych zachowań seksualnych (źle prowadząca się kobieta często była traktowana jako prostytutka). Kobieta pracująca seksualnie nie mogła się obronić.

Najmocniejszy tego wyraz znajdujemy w głośnym w PRL-u filmie „Paragraf zero” (1957) w reż. Włodzimierza Borowika. Dokument pokazuje realne zdarzenie, w którym gwałt na jakiejś warszawiance stał się pretekstem do obławy lokali i domów, w których przebywają lub nocują prostytutki. Logiczne, prawda? Jakiś mężczyzna gwałci kobietę, więc winnych szuka się wśród ulicznic, które zbudzone w środku nocy zawozi się na komisariat i pokazuje w filmie z wszelkim pogwałceniem praw do anonimowości.

Patologiczny dyskurs był więc najczęstszy, a nieakceptowane zjawisko wyjaśniano, jeśli nie osobistą skłonnością do rozpusty, demoralizacją to – odpowiednie skreśl – patriarchalną dominacją nad kobietami, „pozostałością ginącego ustroju kapitalistycznego”, bezrobociem, błędami i wypaczeniami stalinizmu, kapitalistycznym konsumpcjonizmem epoki Gierka. Nie mogła być więc świadomym wyborem jednostki, a zawsze trzeba ją było wpisać w szerszy kontekst społeczny. Niezależnie czy wywoływała obrzydzenie i niechęć, czy też paternalizm połączony ze współczuciem, jedno było wspólne – traktowano kobiety jako przedmiot społecznego zainteresowania, a nie podmiot stanowiący o sobie. A tak skonstruowana „ofiara” domagała się specyficznie rozumianej „opieki”.

Słowa na „p”

Coś zaczyna się zmieniać w latach 70-tych. Sytuacja gospodarcza Polski, napływ inwestycji i towarów, obcokrajowców i dywiz prowadzi z jednej strony do zmian w samym zawodzie – kobiety w znacznie większym stopniu skupiają się na obsłudze klienta zagranicznego, co wpływa na ich zarobki, ale też odbiór społeczny. W filmach i kulturze popularnej, np. kultowym serialu „07 zgłoś się” pojawiają się postaci wyzwolonych, dobrze usytuowanych dziewczyn, które dzięki swojej pracy są cennym kontaktem operacyjnym dla milicji. Gazety rozwodzą się nad historią pozwania obsługi Hotelu Europejskiego za czerpanie profitów z pracy przez świadczące tam usługi „lokalówki”. Ludziom nie mieści się w głowach, że pracownice mogą wziąć sprawy w swoje ręce i zawalczyć o swoje prawa, ale widzą że zawód kojarzony wcześniej z nędzą, zaczyna łączyć się z zasobnością, a nawet luksusem. Te wydarzenia i zmianę sposobu mówienia Dobrowolska traktuje jako początki dyskursu o seks-pracy.

Wymownym symbolem jest kolejny film – „Wolny zawód” (1981) Andrzeja Titkowa, w którym Dziunia, główna bohaterka opowiada o sobie, swojej pracy, marzeniach i rozczarowaniach, a przede wszystkim o głównych problemach branży, zupełnie inaczej zdefiniowanych niż w przypadku dyskursu patologizującego zjawisko: „Istnieje coś takiego, wiesz, po prostu ta opinia publiczna i stosunek tych ludzi innych do ciebie. I to właśnie prowadzi do tych skrzywień psychicznych. Nie to, że ty z kimś idziesz, bo to wiesz, jeżeli ktoś już się na to decyduje, to jest jakoś rozliczony z własnym sumieniem i z własną moralnością”. Od „Paragrafu zero” różni ten film wszystko. Trudno o dwa bardziej przeciwstawne podejścia do opisywanego tematu.

Dobrowolska pokazuje, że ta chwilowa modernizacja kończy się w latach 80-tym backlashem z powodu stanu wojennego oraz nadchodzącej epidemii AIDS, a polski dyskurs pracy seksualnej nie jest końcem narracji, ale dopiero początkiem pewnego procesu. Na powstanie pierwszej nieformalnej organizacji zrzeszającej osoby świadczące usługi seksualne (Sex Work Polska) przyjdzie nam poczekać do 2014 roku. Siłą rzeczy, pisząc o źródłach – nie ingeruje się w ich język. Jest jeszcze inny poważniejszy powód nieprzyjmowania przez Dobrowolską progresywnego języka seks pracy jako głównego sposobu opisu tematu, co wiązałoby się z wieloma konsekwencjami od nieużywaniem słowa „prostytutka” po skupieniu się przede wszystkim na relacjach samych osób świadczących w tamtym opisywanym okresie usługi. Ale autorka wybiera inną drogę, bo jak twierdzi: „Bezpieczne warunki wykonywania pracy seksualnej są często przywilejem wykształconych mieszkanek krajów rozwiniętych, a nie codzienną normą, na której można budować publiczne polityki”. Innymi słowy, można postulować znoszenie hierarchii na tirówki i eskortki, zabiegać o solidarność środowiska, ale póki nie da się skasować różnic klasowych, jakie je dzielą i jakie mają wpływ na wybór czy ocenę sytuacji życiowej, słowa na „p” nie tylko odzwierciedlają poprawny politycznie język lub jego brak, ale również klasowość pewnych kategorii.

Wiem, że w przypadku zawodu, z którym tak strasznie obchodzono się przez stulecia, mówienie o jakimkolwiek „przywileju” brzmi dziwnie, ale w środowisku pracy seksualnej istnieją grupy mniej i bardziej uprzywilejowane, zawsze tak było: gruzinki (czyli kobiety uprawiające prostytucję na gruzach zniszczonych miast) i panienki do towarzystwa, ulicznice i lokalówki, prostytutki i pracownice seksualne. Rezygnacja z terminu „prostytutka” – uzasadnione jako działanie normalizujące zawód i destygmatyzujące pracę seksualną – nie broni się jednak w kontekście osób w różnorodny sposób do pracy tej zmuszanych i wykorzystywanych, które nie identyfikują się jako seksworkerki. Definicja prostytucji, którą przywoływali kryminolodzy, zakładała, że „prostytutka to kobieta, która nie ma wyboru swojego partnera seksualnego”. Musiała pójść do łóżka z każdym, kto za to zapłacił.

Dlatego podtytuł książki Dobrowolskiej „Prostytucja i praca seksualna w PRL” może nie wszystkim się spodobać, ale wskazuje obszar znacznie szerszy i bardziej problematyczny niż w przypadku wybrania tylko jednej z tych kategorii.

 

  • Tematem mało zbadanym i wciąż czekającym na kolejną badaczkę pokroju Joanny Ostrowskiej pozostaje seksualna praca mężczyzn, która była uznawana jako zjawisko kryminologiczne i łączyła z groźbą 3 lat pozbawienia wolności.

Dodaj komentarz

*

Za dużo tekstu?Więcej obrazków znajdziesz na Facebooku