Wszystkie odcienie czerni

 

Ilona Felicjańska, Wszystkie odcienie czerni, Akurat, Warszawa 2013.

„Wszystkie odcienie czerni” to thriller erotyczny w duchu „50 twarzy Greya”, powieści, która przebojem wdarła się pod polskie strzechy i uruchomiła falę naśladowców na całym świecie. Skojarzenie z Greyem jest tu celowe. 35-letnia Anna, „zadbana, wciąż pociągająca” żona wziętego prawnika i matka dwójki dzieci, pracownica wydawnictwa, poznaje na przyjęciu tajemniczego mężczyznę, z którym wdaje się w romans. Ten odkrywa przed nią nowe wymiary rozkoszy seksualnej, ale też skrywa mroczne sekrety.

W zasadzie stronię od tego typu literatury, bo literacko jest wtórna, światopoglądowo – szalenie konserwatywna, a doznaniowo daje tyle, co zestaw Happy Meal (ani się nie najem, ani nie zabawię). Przekonanych nie trzeba przekonywać. Nieprzekonanym nic to jednak nie powie. Postanowiłam więc tym razem bardziej precyzyjnie zanalizować tekst i wyrazić wprost, co przeszkadza mi w powieści podpisanej przez Ilonę Felicjańską. I co z grubsza doskwiera większości popularnym powieści erotycznych/pornograficznych, a jest tak powszechne, że wydaje się transparentne.

Narcyzm

Główną strukturą tekstu jest bajka o księżniczce (lub o zostaniu księżniczką). Piękna i bogata bohaterka mieszka w pięknym domu (styl dworkowy, choć wolałaby nowoczesny), podróżuje po całym świecie („Ludzie jeszcze nie śmierdzą, są czyści, pachnący, odświeżeni. Do Japonii nie lata plebs”), jest pożądana przez innych mężczyzn (właściwie przez wszystkich, poczynając od wydawanych autorów, instruktorów, mafiosów), choć właściwie nie przejawia żadnych cech charakterystycznych poza zdrowym rozsądkiem („Moje podejście do tematu nie ma żadnych podstaw ideologicznych. Wypływa po prostu z wnętrza, jest takie zwyczajne”). Ot, jest jaka jest, i za to właśnie zasłużyła na coś więcej. To „więcej” nakręca całą narrację, ale sprowadza się zwykle do jeszcze bardziej ekscytujących podróży, dóbr czy lepiej uposażonych mężczyzn.

Cóż, trochę mnie to zaskakuje, bo jest teraz tuż przede mną, klęczę na kolanach, on stoi jak stał, a pomiędzy nami sterczy dwudziestocentymetrowy kołek z fioletową żołędzią zakończoną rozszerzonym, gotowym do wytrysku okiem. Wydaje mi się potężny. Nie mam go z czym porównać, nie znam przecież jeszcze Oskara. Wiem tylko, że jest straszliwie duży. Za duży jak dla mnie.

To „więcej” i „lepiej” dotyczy oczywiście tylko naszej bohaterki. Nie innych kobiet, nie jej partnerów – bohaterka stroni od polityki i manifestów politycznych.Przy okazji uprzedmiatawia i sprowadza do kilku współrzędnych każdego kochanka. Bo księżniczka jest skupiona tylko na sobie. A potrzeba bycia podziwianą, przy nieodłącznym braku empatii i niezdolności  przyjmowania innej perspektywy to głęboka struktura tej bajki, i zarazem – jedna z przyczyn literackiej słabości tekstu. Jego powierzchowności, przewidywalności i pozornej skandaliczności.

Fałszywe transgresje

By zwrócić na siebie uwagę, autorka pisze tak, jakby popisywała się swoją otwartością. Jej zdania nieustannie krzyczą „Popatrzcie, jaką jestem wyzwoloną libertynką”.

I nagle to ja domagam się czegoś ostrzejszego, mocniejszego, to ja szepczę mu do ucha sprośności i namawiam do przekraczania wszelkich granic.

Chcę, by zerżnął mnie jak nikt dotąd, doprowadził na skraj ostateczności. Pragnę przyjemności niezmierzonej, nieokiełznanej. Żądam czegoś żywiołowego i pierwotnego.

Tylko, co dokładnie dzieje się w powyższych scenach? Jakie granice przekraczają w nich kochankowie? Czym jest owo „ostateczne”, „niezmierzone” czy „nieokiełznane”?  Jakby miało to wyglądać? Gdy zdecydujemy się dokładnie zweryfikować, czym jest ów libertynizm, niespodziewanie okazuje się, że niczym szczególnie szokującym, co najwyżej domaganiem się orgazmu przez kobietę, przejęciem inicjatywy czy seksem oralnym.

Choć ma być to „mocna literatura, przesiąknięta seksem, zmysłowa, inspirująca, odważna”, jednocześnie nie może ona przekroczyć „granicy dobrego smaku”, jak wyznaje bohaterka książki o powieści, którą sama chciałaby napisać. Czyli doznania mają tu naturalną estetyczną barierę, którą jest powszechnie przyjęty dobry smak. Seks analny czy złote deszcze nie wchodzą w grę. Ma być ładnie, ale i dziko. Ostatecznie i niezmierzenie, ale do pewnej granicy. Znajdujemy się w świecie paradoksów, jak w kolędzie Franciszka Karpińskiego „Bóg się rodzi”, gdzie „ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskończony”. Tylko że słowo nie staje się ciałem, ale żeruje na budowaniu nieokreślonej ekscytacji, niemożliwej do wcielenia w życie, bo całkowicie fikcyjnej, choć wskazywanej jako ideał rozkoszy.

Głębia

W powieści Felicjańskiej, „penis wdziera się w intymność”, rozkosz „wygina ciało w łuk”, „wbija paznokcie w opaloną brązową skórę” i … „jest tak głęboko jak nigdy dotąd”. No dobrze, ale raz jeszcze spytajmy – o co konkretnie chodzi? Bo przecież nie o fizyczną głębię penetracji. Może o głębię doznania, przekroczenia pewnej granicy, małej śmierci? Mi jednak wydaje się, że rzekoma „głębia” jest po prostu brakiem pomysłu na wypełnienie sceny, brakiem konkretnej informacji lub zażyłości z ciałem i ominięciem go poprzez efektowne figury. Jak choćby tu:

Całuje mnie w wewnętrzną stronę ud. Delikatnie. Muska jedynie. Potem wtula twarz w moje włosy łonowe. Zamiera na chwilę. Onieśmiela mnie jego oddech. Czyżby mnie obwąchiwał tam, w tym najbardziej intymnym miejscu? Co może czuć?

Właśnie, co może czuć? Przecież Anna nie ma pojęcia, jak pachnie jej cipka. Nigdy nie zadała sobie tego pytania, nie weszła w prywatną zażyłość. Jej cipka jest figurą retoryczną. Pustym znakiem. Tak jak i jej cała seksualność, której bohaterka nie zna, nie rozumie i dlatego liczy, że spotka kogoś, kto ją seksualnie określi. Kto stworzy jej pragnienia i jednocześnie zaspokoi je. Kto wypełni brak, tak jak do tej pory zapełniała go tańszymi konsumpcyjnymi dobrami. Kto wprowadzi ją do seksualnego butiku i kupi najdroższą pozycję. Wcześniej kształtowała ją kultura popularna („seks z murzynem”, „seks na wakacjach” itp). Teraz chce luksusu – seksualnej Arkadii. Albo Galerii Mokotów.

Sprzedaż

Autorka przezornie ogląda się więc na opinię publiczną i przystraja nagość instagramowymi filtrami, nakładając na sutki mini nakładki, by, broń boże, nie dostać bana na facebooku. Stylizuje swoje doznania, tak jak artyści reżyserują skandale. Chce szokować nudne masy, ale nie chce obnażyć się przed elitą, do której pretenduje. Chce opowiadać o wszystkich odcieniach czerni, a zarazem nie chce się ubrudzić. Chce pozostać nieskalana.

W rezultacie ta proza jest tylko kostiumem, nastawionym na wywołanie łatwego efektu, a seks – konsumpcyjnym dobrem, który wymienia się na tokeny popularności w zależności od koniunktury. Dlatego bohaterka nie może przyznać się do jakiejkolwiek nieestetycznej rozkoszy. Zdecydować na realną a nie koniunkturalną transgresję. Albo choćby ukazać seksualność nienarcystyczną, nastawioną na własne doznanie a nie na wzbudzenie pożądania innych. Tu orgazm się symuluje. Tu na przyjemności się zarabia.

Konserwatyzm z bonusem

I wreszcie finalny zarzut, który równie dobrze można skierować do wyzwolonych liberałek jak i prawicowych polskich publicystów, których produkty nie różnią się wiele. To że bohaterki (czy bohaterowie) okazuje się finalnie głęboko moralnymi osobami, które albo wracają na łono rodziny albo przepoczwarzają złych kochanków w szlachetnych ludzi, sprawia, że wybacza się im wszelkie grzechy.

Zdumiewające jest jednak to, jak przy całej głęboko wpisanej w te narracje konserwatywnej narracji o dobru i złu, prawdziwej miłości, zbłąkaniu i odkupieniu, pełno jest uprzedzeń, stereotypów, rasizmu i lęku. Nie, tak naprawdę wcale nie jest to zdumiewające.

Alina [ukraińska służąca – przyp. ES] jest trochę młodsza ode mnie. Ma około trzydziestki. Nie pamiętam już dokładnie. Akcent i praca ją postarzają. Jest prostą dziewczyną, ale gdyby trochę o siebie zadbała, byłaby całkiem do rzeczy.

Krzykliwi Arabowie zachęcają do skorzystania z ich taksówek. Paweł szuka Hassana, który miał przyjechać specjalnie po nas. Jest. Wesoły, gruby, usłużny. Wydaje się strasznie miły. Żaden z niego terrorysta.

Hindus jest grzeczny, bardzo miły i kulturalny. Ładny, przystojny. Zastanawiam się, czy uprawia tantryczny seks i jest miłośnikiem wielogodzinnych maratonów z Kamasutrą w głowie.

Mam ochotę zapytać Biankę, czy to prawda, co mówią o Murzynach, a mówią, jak wszyscy już wiedzą, że mają wielkie członki, że są bardziej męscy, lepsi w łóżku od białych mężczyzn, silniejsi, sprawniejsi, no i w ogóle. Ale oczywiście od razu mówią też, że bliżej im do małp, że się nie myją, że srają pod prysznicem zamiast do kibla, że w ogóle są śmierdzącymi brudasami i lepiej się trzymać od nich z daleka.

Dlatego ja – w ramach tej konwencji, że każdy Arab to terrorysta, każdy Murzyn ma wielkiego członka, a każda modelka jest idiotką – miałabym ochotę zapytać panią Felicjańską, kto napisał jej tę książkę i zachęcił do podpisania swoim nazwiskiem – ale nie zapytam, bo nie wypada.

 

Ocena: 3/10

Dodaj komentarz

*