„Motory” Emila Zegadłowicza

Emil Zegadłowicz, Motory, Łódź 1981.

Motory” to seksualna biografia Cypriana Fałna, opowiadana w chwili, gdy przykuty do łóżka znajduje się na kilkumiesięcznej rekonwalescencji w szpitalu. Narrator znów wyznaje „wszystko”, oddając głos głównemu bohaterowi, ale tym razem seksualność przedstawia bez krytycznego nawiasu, tak jak robił to w Zmorach”. Zegadłowicz przekracza polską normę opowiadania, portretując dokładnie sceny seksu z niespotykaną wcześniej dokładnością i kontekstualnością opisów. Staje się socjopornografem polskiej rzeczywistości. Z mieszczańskiej sypialni zza nieszczelnych ścian dochodzą: „skrzypy, wyraźne ugniaty, sapania i piskliwe krzyczki-jęczki pani Broni”. Na wsi nikt nie krępuje się obecnością innych w jednej izbie: „Rozebrał się Franek i rozbuł prędko; poczęło się bośkanie serdeczne i ogniste ugniaty – w pewnej chwili Sewerka kwiknęła mocno”, co daje możliwość dokładnego poznania panujących zwyczajów.

Czytaj dalej

Pan samochodzik i porno

 

Zbigniew Nienacki, Raz w roku w Skiroławkach, Pojezierze, Olsztyn 1990.

 

Z prozą Nienackiego jest jak z wujkiem Zbyszkiem, którego każde z nas ma w swojej rodzinie. To mężczyzna około 60-tki, zaokrąglony i rumiany, walczący z nadciśnieniem i cukrzycą, niemniej niestroniący od tłustego jadła i alkoholu, głośny i frywolny, tu podszczypujący swoją równie okrągłą żonkę, tam oglądający się za przechodzącą kelnerką. Za młodu uwielbialiśmy go – jak powieści o Panu Samochodziku – gdy opowiadał niestworzone historie o życiu przyrody i zagadkach historii, albo sypał zabawnymi powiedzonkami na każdą okoliczność. Gdy dorośliśmy jego opowieści (zwłaszcza te dorosłe jak trylogia „Uwodziciel”, „Raz w roku w Skiroławkach”, „Wielki las”), zaczęliśmy poddawać w wątpliwość, dostrzegliśmy z lekkim zażenowaniem stosunek do kobiet, polityki, inności. A wujcio pomimo upływu lat pozostał głuchy na zmiany obyczajowe, poprawność polityczną, prawdę naukową. Wciąż jednak czujemy do niego sentyment, chcemy wierzyć w jego dobre serce, a trochę nie wiemy jak się wypisać z tej relacji. Bo skąd bierze się to zażenowanie? Rzućmy okiem na najbardziej znaną dorosłą powieść wujcia Zbyszka.

Czytaj dalej

„Dzieje grzechu” Stefana Żeromskiego

 

Stefan Żeromski, Dzieje grzechu, Bydgoszcz 1980.

 

W 1859 roku Paryżem wstrząsnęła sprawa 16-letniej Angéliny Lemoine, oskarżonej o zabicie swojego  nieślubnego dziecka, które poczęła ze stangretem. W trakcie procesu sądowego, dziewczyna przyznała, że to  powieści George Sand i kilku innych autorów, które czytała, wywołały w niej niezadowolenie z codziennej monotonii życia i przekonały, że seks przekraczający podziały klasowe może być drogą fabularyzacji własnego życia, a ciąża  –  „jedynym sposobem ukończenia  powieści”[1]. Niemal pół wieku  później podobną historię wychowanej w „porządnym” domu nierządnicy i dzieciobójczyni opisał Stefan Żeromski w „Dziejach  grzechu”  (1908). „Nie  było jeszcze w Polsce książki od Jana Kochanowskiego począwszy, aż do Henryka Sienkiewicza, o  której zaraz po jej wyjściu tyle pisano i mówiono, co o <<Dziejach grzechu>>“[2] – pisał Teodor Jeske-Choiński. Powieść szybko jednak została zaszufladkowana jako utwór pornograficzny, „dewiacja znakomitego talentu”, literatura dla kucharek. Konserwatywni krytycy, jak Antoni Mazanowski czy Władysław Reymont, odebrali ją jako znamię kryzysu kultury ze względu na atak na główny filar zdrowego społeczeństwa – spoistość i czystość rodziny, a także – epatowanie fizjologią. Z drugiej strony pojawiły się też głosy pochwalające odwagę pisarza w przedstawianiu natury świata[3].

Czytaj dalej

Pankowski i pierwsza powieść gejowska

 

Na paryskim sztrychu. Fragmenty rękopisu Rudolfa Niemca wybrał i wstępem poprzedził Marian Pankowski, „Ha!art”, Kraków 2004, nr 18.

Marian Pankowski, Rudolf, Warszawa 1984.

Marian Pankowski (1919-2011) pisał o seksie tak, jakby polska tradycja literacka nigdy nie miała problemów z ciałem. A tak naprawdę aż do wydania jego „Rudolfa” (Londyn 1980, Warszawa 1984) nie istniał w polszczyźnie żaden tekst otwarcie homoseksualny, jedynie różne formy sublimacji pożądania homoseksualnego (Iwaszkiewicz, Andrzejewski, Breza)[1]. Tymczasem „Rudolfa” Pankowski napisał tak, jakby tych wzorców opowiadalności istniało wiele. Skąd więc ten fenomen u pisarza, który nie identyfikował się jako homoseksualista, pisarza-profesora z Brukseli, dżentelmena w białych rękawiczkach o nienagannych manierach, mówiącego z przedniojęzykowym „ł”?

Czytaj dalej

„Zmory” Emila Zegadłowicza

 

Emil Zegadłowicz, Zmory, Kraków 1984.

Wraz z Tetmajerem „kończy się <<celibat literacki>> XIX wieku, platoniczne westchnienia i czułe kochanki”[1] w literaturze polskiej, jednak na śmielsze przedstawienia seksualności trzeba było poczekać do Dwudziestolecia Międzywojennego. Erotyzm musiał najpierw uwolnić się od typowego dla Młodej Polski uwikłania metafizycznego. To właśnie odróżnia Zegadłowicza od Witkacego czy Żeromskiego, którzy skupiali się bardziej na pewnych fenomenach psychologicznych niż stanach fizjologicznych. Dopiero w takich utworach jak „Zmory” mamy do czynienia z nazywaniem rzeczy po imieniu.

Czytaj dalej

Narodowe czytanie „Przedwiośnia”

Pamiętacie jedną z najlepszych scen z Przedwiośnia Stefana Żeromskiego? Cezary Baryka trafia nocą do pokoju Laury. Ona nie opiera się specjalnie, niemniej przed chwilą wyjechał jej narzeczony Barwicki a ona obiecała mu na pożegnanie „sygnały miłosne” – czyli podkręcanie i zagaszanie światła. Gdyby tego nie zrobiła, narzeczony mógłby wrócić, dlatego Cezary dziarsko zabiera się do rzeczy, a Żeromski częstuje czytelników jedną z ładniejszych scenek ezopowych na petting.

Czytaj dalej