Sztuka kochania

 

Michalina Wisłocka, Sztuka kochania, Warszawa 1978.

Pamiętacie film „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” w reż. Marii Sadowskiej z 2017 roku? Przypomina, że to kultowe dziś dzieło z 1978 roku – sprzedane w milionowych nakładach w Polsce, Rosji a nawet Chinach – mogło się w ogóle nie ukazać. Gdyby nie determinacja Wisłockiej, jej ciężkie boje z aparatem państwa, cenzurą i kolegami po fachu, nie byłoby rewolucji w polskich sypialniach. Czy do rewolucji naprawdę doszło, to już zupełnie inne pytanie.

W każdym razie od pierwszego wydania minęło prawie pół wieku i choć czasy się zmieniły, wydawnictwo Agora w związku z premierą filmu zdecydowało się na 13. wydanie „Sztuki kochania”. Poza jednym zaktualizowanym rozdziałem o antykoncepcji, reszta pozostała bez zmian, sugerując, że książka pomimo upływu lat się nie starzeje. Czy słusznie?

Zgadzam się, że Wisłockiej należy się sława i chwała, a „Sztuce kochania” – zasłużone miejsce w historii polskiej nie tyle nawet seksuologii, co kultury. Jedno słowo jest tu jednak kluczowe – HISTORIA. Bo „Sztuka kochania” nie jest książką aktualną i nie należy jej czytać jako współczesnego kompendium wiedzy o życiu seksualnym. Współczesne wydanie jest raczej zaprzeczeniem dorobku Wisłockiej, bo zamiast uświadamiać, prowadzi do szeregu nieporozumień, z którymi autorka zresztą zawsze się borykała. Zanim jednak o samej książce, warto spojrzeć szerzej na polityczno-społeczne tło, w którym powstawała. I na samą Wisłocką, bo ani nie była ona taką rewolucjonistką jak sugerują twórcy filmu ani taką konserwatystką jak utrzymują dziś niektóre lewicowe kręgi.

Trzeba bronić Wisłocką

Lata 70-te w polskiej seksuologii to czas powolnego i mozolnego wykłuwania się tej dziedziny. Kazimierz Imieliński – najważniejsze nazwisko dla polskiej szkoły – silnie zabiegał o wypracowanie metody, terminologii czy podstawy kształcenia specjalistów, które pozwoliłyby wyodrębnić seksuologię jako naukę. Poważną i samodzielną dziedzinę, która nie ma nic wspólnego z wiedzą potoczną. Nie po drodze były mu więc takie osoby jak Wisłocka, która uzasadniając swoje tezy odwoływała się do japońskiej sztuki uwodzenia, piosenek ludowych, popularnych przysłów czy – w sposób w prawdzie zawoalowany – swoich seksualnych doświadczeń. Ponadto nie odznaczała się wybitnymi osiągnięciami naukowymi, nie była systematyczna, nie miała ważnych publikacji. Jej promotor prof. Bulski mawiał: „Pani Michalino, jest pani niesystematyczna, pracuje rzutami. Nie ma w tym żadnego planu”. Bo Wisłocka była  popularyzatorką wiedzy, ale to się nigdy teoretykom nie podobało.

Z drugiej strony – jej drobiazgowe zalecenia praktyczne – zniechęcały również wielu zwykłych „rzemieślników” branży, czyli lekarzy-ginekologów, którzy traktowali swoją pracę wedle przyjętych dawno schematów, a postulaty Wisłockiej musieli postrzegać jako jeśli nie fanaberię to co najmniej – komplikację ich praktyki. Szczególnie zapalna była kwestia aborcji, która dzięki ustawie z 1956 roku stała się w Polsce legalna, a w wielu miejscach lekarze wykonywali ją rutynowo niemal jak „zabieg kosmetyczny” (Teresa Mencina – redaktorka książki – nazwała ich kiedyś „skrobaczami”). Wisłocka nie była przeciwna aborcji jako takiej (sama miała 3 jak czytałam w jej biografii), ale w „Sztuce kochania” argumentowała, że to nie jest środek antykoncepcyjny (działa jednorazowo, ale nie zabezpiecza trwale przed nieplanowaną ciążą), że to poważny zabieg, który może mieć konsekwencje dla zdrowia (infekcje, bezpłodność) i wreszcie – że powinna być ostatecznością. W całym swoim podejściu ginekolożka pokazywała, że rolą lekarza jest nie tylko leczenie, ale też zapobieganie chorobom, uświadamianie pacjentów, pomoc z znajdowaniu alternatywnych rozwiązań – jednym słowem: relacja a nie jedynie szybki zabieg. A to nie podobało się środowisku. Nie była więc po drodze ani praktykom ani teoretykom, ani ginekologom ani pierwszym seksuologom. Nic więc dziwnego, że na 10 recenzji naukowych „Sztuki latania”, zleconych przez ministerstwo, aż 8 było negatywnych. Ale to nie koniec trudności.

Książka powstawała w latach realnego socjalizmu, w których pruderia stalinowskiej doktryny, a także purytańskie nastawienie pierwszych sekretarzy KC PZPR (w dużej mierze chłopo-robotników z pochodzenia), mieszały się z niemałymi wpływami Kościoła katolickiego. W tej sytuacji poradnictwo seksualne rozpowszechniało wiedzę seksuologiczną niejako pod płaszczykiem pomyślności małżeństwa, co dawało usprawiedliwienie prowadzenia na ten temat dociekań naukowych. O seksie można było pisać prawie wyłącznie w kontekście szczęścia rodzinnego, ale podejmowanie przez małżonków współżycia seksualnego nie miało już tylko celu reprodukcyjnego, ale również – pielęgnację ich relacji. Rewolucja seksualna, emancypacja kobiet, rozwijający się ruch lgbt na Zachodzie – nawet jeśli przenikały informacyjnie do polskich badaczy – nie miały możliwości wybrzmieć w jakimkolwiek publicznym medium, wykładzie czy podstawie kształcenia. „Tu na okładce zrobi pan pana młodego w muszce i pannę młodą w wieńcu i to będzie para ślubna z welonem. I już nie będą gadać, że to jest takie rozpustne, bo jak dla małżeństw, to dla małżeństw” – zalecił wydawcy minister, od którego zdania zależało być albo nie być książki. I taka właśnie była pierwsza okładka „Sztuki kochania” (zerknijcie na obrazek) – najbardziej wymowny symbol tej sytuacji.

Reformatorka? Konserwatystka?

W tym kontekście pisanie o Michalinie Wisłockiej jako konserwatystce – a z takimi opiniami się spotkałam – niechętnej do aborcji, utrzymującej prymat małżeństwa i orgazmu pochwowego nad łechtaczkowym jest moim zdaniem anachroniczne i świadczące o niezrozumieniu szerszego społeczno-politycznego tła całej książki. I samej Wisłockiej, ale o tym za chwilę.

Wróćmy jednak do aborcji. Wisłocka jako czynna zawodowo ginekolożka dokonywała aborcji i zabiegu łyżeczkowania przy poronieniach. Usuwała płody, znacznie starsze niż ustawowe 3 miesiące, co dla matki dwojga dzieci było pewnie mocnym doświadczeniem. I może dlatego w swojej książce użyła mało profesjonalnego jak na lekarza terminu „dziecko” w kontekście płodu. I przywołała sceny broniącego się przed strzykawką płodu niczym w późniejszym filmie „Niemy krzyk”. Chciała uzmysłowić swoim czytelniczkom, używając naukowych i nienaukowych argumentów – jak zresztą czyniła w całej książce – cały wymiar zabiegu. Ale to nie znaczy, że chciała zakazać aborcji albo że odmawiała jej wykonania. To znaczy, że jej styl prowadzenia wykładu ocierał się za bardzo o prywatne doświadczenie i wiedzę potoczną, a nie naukową. Ale tam, gdzie się z Wisłocką zgadzamy jakby nam to nie przeszkadza, czyż nie?

Inna kwestia – ktoś zarzucił Wisłockiej traktowanie orgazmu łechtaczkowego jako gorszego niż pochwowy czy łechtaczkowo-pochwowy. Serio? W świecie, w którym znacznie wcześniej wysłano mężczyznę na księżyc i wynaleziono internet niż odkryto i opisano pełną anatomię łechtaczki (1998!) zarzuca się polskiej badaczce, że dwadzieścia lat wcześniej nie traktowała równo rozkoszy czerpanej z masturbacji jak tej ze stosunku?! Chociaż – dodajmy – robiła wszystko, co mogła w swojej książce, by zachęcić kobiety do samodzielnego poznawania swojego ciała, doradzała wzmacnianie stosunku z partnerem poprzez zaciskanie ud i stymulowanie łechtaczki, a także podawała szczegółową instrukcję masturbacji.

Dla jasności, dziś uznaje się oba typy kobiecego orgazmu za równie satysfakcjonujące i nie wywyższa się żadnej, pozostawiając wybór kobiecie. Ale w 1978 roku – nawet jeśli doświadczenie Wisłockiej tak podpowiadało – prawdopodobnie nie mogłaby nawet tego napisać.

Sztuka kochania, nie seksu

Prawdą jest, że Wisłocka była konserwatywna, ale nie w polskim rozumieniu tego słowa, a raczej tym typowym np. dla Wielkiej Brytanii. Ona nie chciała meblować innym życia, nie ograniczała nikogo, była tolerancyjna. Wierzyła po prostu, że istnieją pewne uniwersalne wartości, które regulują życie jednostek, gwarantują pewien ład i chronią przed chaosem. A przynajmniej bardzo chciała wierzyć.

Bo jej całe dorosłe życie ufundowane było na poczuciu braku. Lata odrzucenia – najpierw nieudane małżeństwo Wisłockiej w wieku 17 lat z mężem-narcyzem, później dzielenie Stacha z przyjaciółką i dziesiątkami innych studentek, liczne miłostki do starszych profesorów, poniżanie przez późniejszych kochanków – odcisnęły się na jej życiu i dały bolesną lekcję. Ale nie powiedziałabym, by ją to zaszczepiło – nawet na łożu śmierci podrywała opiekującego się nią lekarza, łudząc, że młodszy o 50 lat mężczyzna jest nią zainteresowany.

Ktoś (kto?) kiedyś powiedział, że tam, gdzie mężczyźnie podsuwa się najróżniejsze formy osiągnięcia szczęścia, kobiecie w zasadzie oferuje się jedno – miłość. I Wisłocka całe życie uganiała się za miłością, a liczne romanse, praca zawodowa, rodzina czy przyjaciele stanowiły tylko erzatz. I jej kultowe dzieło „Sztuka kochania” wzięło się właśnie z tego braku. Próbowała znaleźć receptę na trwałą miłość.

Choć nazywana jest matką polskiej seksuologii, jej nie chodziło o seks. Seks mógł miłość wzbogacić, ale i jeszcze bardziej skomplikować. I dlatego – choć dla niej samej było już za późno – uczyła innych, jak mądrzej miłość planować i jak nie dopuścić, by ignorancja w sprawach łóżkowych zrujnowała kochankom życie. Stawką nie był bowiem „tylko” kobiecy orgazm, ale całe życie jako konsekwencja błędów przenoszonych drogą płciową.

Sama miała kilku, może nawet kilkunastu kochanków, dzięki którym zrozumiała jak ważne jest dobranie w tej materii. Pisała w swoim pamiętniku: „Stach – tu miłość fizyczna była monotonna i bardzo planowa, a ożywiała się tylko w momentach, gdy nabierała zabarwienia sadyzmu i ekshibicjonizmu”, „Fernando – ma wrodzony talent miłośnika i dużą subtelność, ale nie wszystko można samemu wymyślić. Kiedyś rzucił uwagę: <<Nieraz mi mówiono, że jestem zboczony w miłości. >> Można z tego wnioskować, jak nisko stoi u nas kultura seksualna, jeśli po prostu tak oceniają kochanka wysokiej klasy”; „Rysiek – to ciekawy okaz mężczyzny o kobiecym typie seksualnym” itd. Wreszcie dzięki Jerzemu zrozumiała, czym jest rozkosz seksualna. Ale i tak, pod koniec dnia Wisłocka zawsze zastanawiała się, jak przywiązać do siebie mężczyznę, jak sprawić by po chwili uniesienia, znów nie przechodzić tortur oczekiwania na kontakt.

Wskutek wiecznej niepewności (a to żonaci a to humorzaści kochankowie) przez większość życia nie potrafiła docenić rozkoszy płynących „tylko” z ciała. Wisłocka utrzymywała raczej pogląd, że rewolucja seksualna przysłużyła się przede wszystkim mężczyznom. Bo jedno się na pewno nie zmieniło – to kobiety wciąż pozostają z nieplanowaną ciążą, wychowaniem dzieci czy społeczną stygmą. Błędem Wisłockiej było utrzymywanie, że taka jest po prostu męska natura – brakowało jej szerszej perspektywy i horyzontów, by dostrzec, że przyczyną nierówności jest kultura. I w tym sensie nie była rewolucjonistką – na stare bolączki kobiet przepisywała równie stare lekarstwa jak wydłużenie okresu przed skonsumowaniem związku, rozbudzenie uczuć umiejętną kokieterią i flirtem, i inne opatrunki z pajęczyny, śliny i skórki chleba.

Powtórzmy, nie była więc rewolucjonistką, jeśli potraktować jej poglądy na seks jako zmianę kulturową. Odzwierciedlały one raczej ówczesny stan wiedzy naukowej i własną praktykę. Rewolucyjne w jej pracy było coś innego. Po pierwsze – postulat krzewienia kultury seksualnej od wczesnego wieku (12 lat!): „Nauka kultury seksualnej powinna, podobnie jak mycie uszu, rąk i nauka przyzwoitego jedzenia, być wprowadzona do potocznych nawyków już we wczesnej młodości”. Po drugie – bezprecedensowo otwarte mówienie o seksie. Rysunki z pozycjami seksualnymi i szczegółowe ich omówienie w„Sztuce kochania” było ówcześnie najbardziej pornograficznym typem legalnych przedstawień w Polsce. Trudno się dziwić, że strony te były wręcz zaczytywane. Po trzecie – połączenie praktyki ginekologicznej, seksuologicznej wiedzy naukowej i pazura publicystki dało w szarej polskiej rzeczywistości pierwszą polską seks-terapeutkę. Wisłocka uświadamiała o podstawach życia seksualnego w szerszym eklektycznym ujęciu, podkreślała zróżnicowanie temperamentalne kochanków i konieczność sprawdzenia się przed ślubem, dawała praktyczne rady jak przedłużać stosunek w celu osiągnięcia orgazmu przez obie strony, podkreślała rolę kobiecego orgazmu i krzewiła modę na slow-sex.

No dobra, ale o czym jest sama książka?

Ta prawie 400-stronicowa pozycja jest poradnikiem wiedzy miłosnej, możliwie najszerszym i najszczerszym, na jaki Wisłocka mogła sobie w owych czasach pozwolić. Warunki szczęśliwego pożycia wyjaśnia niemal od poczęcia (rozwój seksualny i jego uwarunkowania) aż po zaawansowane wiekowo układy. Omawia rolę poszczególnych zmysłów, umięśnienie narządów rodnych, fizjologię orgazmu, rolę hormonów i inne fizjologiczne komponenty seksu, ale tu się bynajmniej nie zatrzymuje.

Punkt po punkcie opisuje każdą składową seksualnego kontaktu: fizjologię, biologię, psychologię, socjologię, emocje, savoir-vivre … Niczego nie pozostawia niedomówieniom – seks ma być zrozumiały jak instrukcja cepa. No prawie, ale biorąc pod uwagę najróżniejsze przypadki, z którymi spotkała się w swojej praktyce lekarskiej, wybiera raczej dosłowność i nadmiar informacji niż niedomówienia i wyobraźnię.

Czego Wisłocka nie potrafi uzasadnić konkretnymi badaniami naukowymi albo praktyką lekarską to wyjaśnia, odwołując się do popularnych przyśpiewek ludowych, tekstów literatury, tradycji innych kultur, mądrości babek:

Babcie nasze twierdziły, że „mężczyzna to myśliwy, a kobieta – ptaszka, na którą poluje”. Im trudniejsza do upolowania czy złowienia, tym cenniejsza. Nie odbierajcie, dziewczęta, waszym chłopcom przyjemności polowania na cenną zdobycz. Spójrzcie na niesłychanie dumne i rozradowane miny panów, którzy na łamach gazet czy przed ekranem telewizyjnym pokazują z triumfem taaaką rybę złowioną własnoręcznie.

Z właściwą temu stylowi dezynwolturą wtrąca uwagi o związkach urody z charakterem, małomiasteczkowe mądrości o tym, jaka fryzura najbardziej spodoba się mężczyźnie i że kobiety o ciemnych włosach nie wyglądają zbyt korzystnie podczas płaczu, a nawet zalecenia – o zgrozo – co do nieprowokowania męskiej agresji poprzez udawanie się z nowo poznanym mężczyzną sam na sam bez przyzwoitki. Czy to znaczy, że była konserwatywna? Ja bym powiedziała, że była raczej dzieckiem swoich czasów – jeśli chodzi o styl i retorykę wypowiedzi, a jeśli idzie o rozumienie ról płciowych czy seksualnej normy – typową przedstawicielką seksuologii lat 70-tych. Napisałam wcześniej, że była pierwszą seksualną terapeutką, ale prawdą jest również to, że była pierwszym sex-couchem.

Cudzoziemka w raju kobiet

Metoda pracy i styl publicystyki, jakie wybrała sobie Wisłocka, były zarazem jej największą siłą jak i słabością. Umożliwiły publikację ważnej bezprecedensowej w naszej kulturze książki, która miała niemały wpływ na życie seksualne przede wszystkim Polek. Ubierając ją w staro-modne szatki albo raczej chłopski rozum mentalności zbiorowej, mogła bez wielkich kontrowersji przemycić nowe treści – najważniejszą część dorobku – realną pomoc kobietom. To za to powinniśmy o niej pamiętać i oddawać jej należny hołd. Niemniej ceną, jaką płaciła, była śmieszność, niepoważne traktowanie, zarzuty grafomanii, egzaltacji czy patosu. I samotność.

Wisłocka nigdy nie mieściła się w prostych przegródkach. W seksuologii była za mało naukowa, w praktyce ginekologicznej – za bardzo wywrotowa, a w publicystycznej – za mało reformatorska. Zbyt konserwatywna dla lewicy i zbyt progresywna dla prawicy.

Za łatwa dla trudnych,

a dla łatwych za trudna. A huuu!

Zbyt czysta dla brudnych,

a dla czystych za brudna. A huuu!

Zbyt szczecińska dla Warszawy,

a dla Szczecina zbyt warszawska. A huuu!

 

Śpiewała Kaśka Nosowska w „Cudzoziemce w raju kobiet” i jak zwykle błyskotliwie trafiła w punkt niełatwej sytuacji wyjątkowej kobiety.

 

*Dziękuję mojemu bratu – Jarosławowi Stusińskiemu, psychologowi i seksuologowi – za wyjaśnienie początków kształtowania się polskiej seksuologii.

** Cytaty pochodzą ze „Sztuki kochania” oraz „Sztuki kochania gorszycielki” autorstwa Violetty Ozminkowski.

Dodaj komentarz

*

Za dużo tekstu?Więcej obrazków znajdziesz na Facebooku