Strach przed lataniem

Książki o seksie

 

Erica Jong, Strach przed lataniem, Litera, 1990.

Kilka lat temu „Strachowi przed lataniem” (1973) stuknęła czterdziestka. W międzyczasie stał się jednym z kluczowych tekstów II fali feminizmu i biblią rozwódek, został przetłumaczony na kilkadziesiąt języków i sprzedany w prawie 40 mln egzemplarzy na całym świecie (dane z 2015 roku). Niegdyś recenzowany przez Henry’ego Millera jako żeńska wersja „Zwrotnika raka”, zyskał status klasyki. Wprowadził do angielszczyzny bardzo zgrabne określenie na seks bez zobowiązań, dodając mu lekkości i fantazmatyczności – „the zipless fuck”, a czołowe media pisały o śmiałości, na którą wcześniej nie odważyła się żadna pisarka kobieca. Czy prawie pół wieku później książka jest tak samo świeża? Nie będę wdawała się w recenzowanie całości – czyli autoanalizy 29-letniej poetki Isadory Wing White, która wikłając się w różne relacje seksualno-uczuciowe z mężczyznami, szuka swojej tożsamości i spełnienia – ale wykroję najbardziej krwistą część powieści. Seks.

Wbrew reputacji, nie ma go zbyt wiele. Najwięcej jest analizy pieprzenia, sporo – fantazjowania o pieprzeniu, a sam seks – gdy już się pojawia na kartach powieści – praktycznie nigdy nie spełnia oczekiwań. To dobrze i źle. Dobrze bowiem dostarcza rzadkiego wglądu w seks nieudany, niedobrany, seks małżeński (przy dłuższym stażu), odgrywany wbrew woli, zastępczy, seks z braku laku, z niewłaściwych powodów, fantomowy (gdy strony wyobrażają sobie, że kochają się z kimś innym) czy wieloosobowy (nie grupowy, ale performowany jakby przy udziale innych czy też ze względu na innych w naszej wyobraźni). Wszystkie te akty dopełniają figury całości seksu jako takiego. Świetna jest np. scena, gdy Isadora i Adrian rozmawiają po niezbyt udanym stosunku:

 – O czym myślisz? – spytał.

– Że zostałam przyjemnie i dokładnie wydupczona. – Pamiętałam, że kiedyś powiedziałam to samo Bennetowi – tylko wtedy prawie nie musiałam kłamać.

– Jesteś oszustką i hipokrytką. Po co kłamiesz? Wiem, że nie zrobiłem ci dobrze. Mogłem być dużo lepszy.

Zaskoczyła mnie jego szczerość.

– OK – powiedziałam ponuro. – Nie dogodziłeś mi, przyznaję.

– To już dużo lepiej. Dlaczego zawsze usiłujesz być taką cholerną działaczką opieki społecznej? Żeby uratować moje ego?

Zastanawiałam się przez chwilę. Rzeczywiście uważałam, ze trzeba tak grać z mężczyznami. W przeciwnym przypadku mogliby odejść albo zaburzyć się. Nie chciałam, by kolejny facet zaburzył się przeze mnie.

– Pewnie, zawsze sądziłam, że męskie ego jest bardzo kruche i trzeba obchodzić się z nim jak z jajkiem…

– Ale moje nie jest tak kruche. Nie zniosę by mnie posądzano, że nie dogodziłem ci jak trzeba – zwłaszcza że jest to święta prawda.

Dobrze również bo Jong ukazuje psychologiczne, osobowościowe, nastrojowe itp. uwikłanie każdego aktu. Odmalowuje wiele odcieni różu, również tych przechodzących w stronę szarości i ciemniejszych barw.

Leżeliśmy objęci na łóżku. Każde poznawało nagość drugiego, z czułością i rozbawieniem. Najlepszą rzeczą w łóżku z innym mężczyzną po tylu latach małżeństwa, było poznawanie drugiego ciała. Ciało męża zna się jak własne. Wszystkie zapachy, smaki, kształty, włosy i znaki szczególne. Adrian był jak nieznana kraina. Mój język zaczął podróż w nieznane. Zaczęłam od ust i posuwałam się w dół. Opalony, gruby kark. Pierś, pokryta kędzierzawymi, rudawymi włoskami. Brzuch trochę sterczący, w porównaniu z opaloną smukłością Bennetta. Skulony, różowy penis, lekko woniejący moczem, który nie chciał stanąć mi w ustach. Bardzo różowe i włochate jaja, których nie byłam w stanie na raz wziąć do ust. Muskularne uda i opalone kolana. Stopy (nie całowałam ich). Brudne paznokcie u nóg (ditto). Zaczęłam podróż na nowo, od jego cudownych, wilgotnych ust.

I w tym właśnie tkwi dla mnie fenomen Eriki Jong, która nie szafuje wieloma scenami seksu, ale te które przedstawia, obnaża ze szczerością, na którą wciąż niewielu może sobie pozwolić. Nawet jeśli kobieca przyjemność czy impotencja przestały być tabu, wciąż pozostaje nim np. nieestetyczność obiektu seksualnego. Nie turpizm czy groteska jako konwencje opisowe, nie hiperrealizm Luciana Freuda, ale realizm brudnych paznokci, rozstępów i zapachu moczu. Obecnych, ale nieniszczących obiektu pożądania, niewzbudzających potępienia czy odrazy. Obecnych jak wszystko inne, co przynosi ze sobą do łóżka inny. Można powiedzieć Inny. Radykalnie inny człowiek, którego nie trzeba postrzegać w kategoriach jakiegoś abstrakcyjnego fenomenu, Lewinasowskiej Twarzy (przepraszam fanów Emanuela Lewinasa za ten kontekst), ale tego konkretnego zadziwiająco obcego, którego można nieskończenie pragnąć i jednocześnie nigdy nie posiąść całkowicie.

Rżnął mnie cudownymi, wgłębiającymi, posuwistymi ruchami. Zawsze miał twardego; był jedynym mężczyzną, jakiego spotkałam, który zawsze mógł – nawet w stanach depresji i złości. Ale dlaczego nigdy mnie nie całował? Dlaczego nic nie mówił? Mogłam dochodzi, dochodzić i dochodzić – a każdy orgazm zdawał się zrobiony z lodu.

Wydaje mi się również, że właśnie te nieestetyczne, realistyczne elementy opisu seksu pozwalają czytelnikowi na dostrzeżenie punctum (niech i fani Rolanda Barthesa wybaczą mi posłużenie się tym terminem). Dla Barthesa w fotografii punctum było „ukłuciem”, „użądleniem”, „zranieniem”, czyli zdolnością wywoływania silnego wrażenia na widzu. Czymś wspólnym dla autora i obserwatora. W intensywnym głosie narratorki „Strachu przed lataniem”, jej porażającej szczerości i nieustępliwości, łatwo właśnie o takie punctum, które przypomni nam coś już znanego i doświadczonego, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie zidentyfikować właściwej cechy. W przeciwieństwie do herosów i heroin ze standardowego pornosa kochankowie Jong są z krwi i kości. I dlatego łatwo się z nimi zidentyfikować.

Dlaczego tych ludzi z kieszonkowych pornusów nigdy nie dręczyły skrupuły, które dręczyły mnie? Składali się jedynie z monstrualnych organów płciowych, usiłujących wpakować się na siebie na oślep w mroku.

Wracając do poprzedniego wątku – źle, że więcej jest pieprzenia o seksie i fantazji o nim niż scen samego seksu, a tym bardziej w wersji udanej (2 bardzo krótkie sytuacje z Bennettem), bo przenosi się seks w sferę fantazji. Tzw. zipless fuck czyli marzenie Isadory o idealnym seksie bez zobowiązań i obciążeń z przystojnym nieznajomym z pociągu to fantazja, podobnie jak ta o faszyście czy gwałcicielu. Fantazją jest również platońska idea, że mężczyzna dopełni kobietę jak jedna połówka jabłka dopełnia drugą. I chociaż Isadora pod koniec książki uświadamia sobie to wszystko, niemniej wciąż nie wie, co ma z tym fantem zrobić. Zakończenie książki ma charakter otwarty – Isadora po kilkutygodniowym romansie z Adrianem jedzie do męża. Pod jego nieobecność bierze kąpiel i rozkoszuje się swoim ciałem. Nie wie, czy zostanie z mężem czy nie.

Teoretycznym postulatem „Strachu przed lataniem” jest sugestia, że kobieta ma zaspokoić się sama. Praktycznym – przyzwolenie na swobodne stosunki seksualne i brak złudzeń, że uczynią ją spełnioną. Po lekturze książki wiemy, że nie istnieje książę na białym koniu (doskonała miłość, której trzeba szukać) ani przystojny nieznajomy z pociągu (doskonały seks bez jakichkolwiek obciążeń i uwikłań), że nie trzeba dać się usidlić i zgnić w bezpiecznym małżeństwie ani też nie ma co dramatyzować, by dla każdego interesującego nowego kochanka rzucać całe życie. Ani romantyczna miłość ani beztroska rozpusta. Nie ma pewnych trwałych rozwiązań. Co więc zostaje? Seryjna monogamia albo szara strefa.

 

Ocena: 7/10

Dodaj komentarz

*