Slow sex. Uwolnij miłość

Książka o seksie Marty Niedźwieckiej i Hanny Rydlewskiej

 

Hanna Rydlewska, Marta Niedźwiecka, Slow sex. Uwolnij miłość, Agora, Warszawa 2016.

Najpopularniejszym, a czasem – mam wrażenie – jedynym sposobem przedstawiania seksu w kulturze jest scena, w której dwójka zakochanych rzuca się na siebie z dziką pasją, obija o ściany i meble, wręcz demoluje mieszkanie, rozrywa ubrania, i przeżywa szczyty rozkoszy po 5 sekundach stosunku. Problem nie w tym, że jest to nierealistyczne – pierwszy seks często jest takim trzęsieniem ziemi, chaosem, który przynosi ekstazę z samego faktu konsumowania intymnej relacji. Tylko w tym, że każdy kolejny raz, a to one tworzą nasze doświadczenie i podstawę każdej relacji, to już zupełnie inna bajka. Tymczasem wciąż panuje paradygmat romantyczny, wedle którego „miłość” jak również seks, to właśnie tornado, psychologiczna ekstaza bez słów, pożycie z diabłem tasmańskim, raczej niż uważna komunikacja, poznanie fizjologii, wiedza i doświadczenie, a nawet praca nad sobą i relacją. Pozytywizm jest passe. Ale to pozytywizm dotyka prozy życia i realności seksu. I w tym sensie należy rozumieć znaczenie „slow” w tytule książki Rydlewskiej i Niedźwieckiej. Nie „wolno” jako synonim miłości powolnej, nudnej, bez fajerwerków – zaprzeczenie fascynującego dzikiego seksu. Ale jako miłość pełną, uważną, cielesną i umysłową, miłość zrozumianą i wypracowaną, która zamiast łatwych i powierzchownych ekscytacji, proponuje pracę u podstaw zmysłowej macierzyzny.

Z rozmowy autorek wyłania się obraz seksu jako pojemnego zjawiska, którego jakość jest wypadkową nie tylko własnych doświadczeń i zdolności, ale szerszego społeczno-kulturowego kontekstu. Nie sposób wytłumaczyć problemu z seksem bez odniesienia do problemów z komunikacją, a problemów z komunikacją do problemów z edukacją seksualną, a tych z edukacją do wychowania itd. itp. Marta Niedźwiecka, doświadczona edukatorka seksualna, nie idzie na skróty i nie daje łatwych odpowiedzi. Orgazm jako najbardziej popularny dowód udanego seksu jest dla niej zaledwie czubkiem góry lodowej „dobrego seksu”, dobrostanu całego człowieka i jego otoczenia. Zaczyna więc od świadomości czasu, ciała, świadomości, uważności, rytuałów. Każdy z tych czynników rozpatruje uważnie. I zamiast przepisywać Viagrę sfrustrowanym parom, edukuje jak ze swojej seksualności stworzyć elektrownię jądrową, która stanie się niekończącym źródłem energii. Zaś Rydlewska, przyjmująca w tej rozmowie pozycję sceptyczną, łapie Niedźwiecką za słówka, powątpiewa w motywacyjny slang i domaga się konkretów. Dzięki połączeniu tak przyjętych ról, pełno jest konkretnych wskazówek i praktycznych ćwiczeń dla singli i par od autoerotyzmu przez masaż punktu g czy prostaty po przepis na doskonałe fellatio i cunnilingus. I to jest najcenniejszy element książki. Niemniej „Slow sex” to przede wszystkim książka z gatunku „mindfulness” ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi konsekwencjami tego słowa.

I dlatego mam trzy uwagi do tej nota bene świetnej i ważnej książki. Po pierwsze – o ile rozumiem że seks jest sprawą kulturową, a wszelkie zmiany trzeba planować na szeroką skalę, osadzać w społecznym kontekście, tłumaczyć już na poziomie wychowania, zmieniać na poziomie słownika, itp., to tłumaczenie czytelnikom takich zagadnień jak odpowiedni dotyk czy oddech (wiem, wiem, bardzo ważnych) za bardzo książkę rozrzedza i czyni mniej interesującą niż być mogła. Być może moje nastawienie wynika z niechęci do literatury poradnikowej i jej nieodłącznej konwencji podawania wszystkiego krok po kroku, tłumaczenia jak dziecku podstawowych terminów, prowadzenia za rączkę i nieodzownej autoafirmacji, które zgrzytają w zębach motywacyjnym kiczem. Rydlewska i Niedźwiecka zdecydowały się jednak na taki układ ze względu na skalę nieporozumień, jakie narosły wokół seksu. Czyni to lekturę prawdopodobnie bardziej efektywną, ale mniej efektowną.

Po drugie – jakkolwiek pojawiło się kilka wzmianek o BDSM, trójkątach czy deklarowanej tolerancji wobec różnych modeli seksualnych – „Slow sex” to książka waniliowa (znacząco wypada w tym kontekście pomyłka redaktorska, gdy Niedźwiecka wspomina o podstawowej lekturze dla fanów BDSM i nazywa ją „Inną miłością”, gdy tymczasem wspomniana książka G. Brame, W. Brame i J. Jacobsa nosi tytuł „Inna rozkosz”). I nic w tym złego, ale warto powiedzieć wprost, że kierowana jest przede wszystkim do heteroseksualnych długodystansowców, którzy pragną doskonalić komunikację, rozumieją idee terapii i coachingu, i już wiedzą, że seks w relacji jest ważny. Ci wszyscy, którzy tej wiedzy nie mają, nie sięgną po nią. Nie jest to również książka dla nieheteronormatywnych, choć rady wydają się uniwersalne, za dużo jest tu modelu nazywanego dla uproszczenia „małżeństwem”.

Po trzecie, zabrakło mi trochę rozmowy o języku seksu – poza uwagą Niedźwieckiej, że fajna jest staropolszczyzna z jej „chędożeniem” – to moim zdaniem często brak języka ogranicza komunikację. A fachowa terminologia anatomiczna często nie potrafi wybrzmieć w zaciszu sypialni.

Pomimo problemów typowych dla konwencji tego typu książek, a także świadomego zawężenia (i poszerzenia z drugiej strony) tematyki, należy mocno podkreślić, że edukacja seksualna to ciężka orka na ugorze i dlatego bardzo doceniam tę pozycję, dzięki której autorki dołączają do zaszczytnego grona siłaczek edukacji seksualnej. Cześć i chwała!

Ocena: 8/10

Komentarze

  1. Bardzo dziękuję 🙂 także za słowa krytyczne. Dla mnie ta książka też jest nieco zbyt waniliowa, ale jako się rzekło – jest to podręcznik podstawowy. Z „heteronormatywnoscią” trochę bym polemizowała.
    Poproszę o poprawienie błędu w nazwisku – to NiedźwieCka 😉

    1. Pani Marto, peszę się z powodu literówki, ale i niezmiernie cieszę, że recenzja do Pani dotarła. Wszystkiego dobrego i czekam na polski podręcznik bdsm.

Dodaj komentarz

*