Pornland. How Porn Has Hijacked our Sexuality

 

Gail Dines, Pornland. How Porn Has Hijacked our Sexuality, Beacon Press, Boston 2010.

Nie pisałam wcześniej o feministycznej krytyce pornografii. Nie dlatego, że założyłam sobie mówić jedynie o pozytywnych stronach porno. Nie dlatego też, że dyskusja wokół porno zaklinowała się w wąskim gardle między Scyllą przemocy wobec kobiet a Charybdą pierwszej poprawki, a ja – niczym sprośny Gerard Damiano – chciałabym w tym gardle znaleźć jakąś głębszą przyjemność.

Mój problem z feministyczną krytyką porno dotyczy kwestii – o paradoksie! – subtelności intelektualnej. Mówiąc wprost, nie jestem w stanie znieść wulgarnych uproszczeń z gatunku „Pornografia jest teorią, a gwałt praktyką”, które tak wywindowały krytykę feministyczną II fali i rzuciły ją w ramiona konserwatywnej prawicy. III fala, czyli antycenzuralne feministki, choć proseksualne, również bazowały przede wszystkim na ogólnej teorii a nie żywym konkretnym tekście. Dopiero Linda Williams i inne rzemieślniczki, analizujące media i język, odcedziły ziarna realnych problemów z porno od plew populizmu. Bo problemy z porno są i warto o nich porozmawiać.

Wojny łonowe

Niewiele z nas pamięta, że gdy Andrea Dworkin czy Catherine McKinnon wydawały swoje pierwsze książki, jedyne świerszczyki na rynku „Playboy” Hugh Hefnera i „Penthouse” Boba Guccione rywalizowały, który pierwszy ukaże włosy łonowe modelki na rozkładówce. „Hustler” Larry’ego Flinta dopiero pojawił się na rynku, podobnie jak kaseta video. Pornografia była lata świetlne od współczesnego gonzo, dostępnego na kliknięcie myszki.

Pierwsze włosy łonowe na rozkładówce Playboya z roku 1971.

Hefner, Guccione i Flint nie byli jednak tak niewinni, jak nam się to może dziś wydawać. Ten pierwszy połączył seksualność z konsumpcją, a z sekretnego romansu uczynił celebrację nowego stylu życia. Ten drugi stopniowo poszerzył pole tego, co legalne, zyskując klientelę dzięki bardziej śmiałej wersji stylu Playboya. Zaś trzeci zrozumiał, że na rynku trzeba się wyróżniać i w swoim „Hustlerze” zrezygnował z nobliwego nawiasu kultury, proponując obsceniczną rozrywkę klasie robotniczej. To właśnie te modele biznesowe dziś z sukcesem wykorzystują producenci „Girls Gone Wild”, „Barely Legal” czy Max Hardcore.

Książka Gail Dines omawia szczegółowo ten romans pornografii z kapitalizmem, który sprawił że dziś wszyscy żyjemy w pornolandii (świecie, w którym porno jest – czy tego chcemy czy nie – punktem odniesienia w postrzeganiu, czym jest seks). Gdy bowiem pierwsi pornografowie poszli do łóżka z wolnym rynkiem, z ich niekontrolowanego i nieświadomego rozlicznych konsekwencji pożycia – zrodziło się gonzo, które zdominowało współczesne przedstawienia seksu, wpłynęło na ludzkie relacje i postrzeganie płci. Trudno się nie zgodzić.

Gospodarka, głupcze!

Feministki II fali obwiniały mężczyzn i patriarchat za uprzedmiatawiający stosunek do kobiet. Krytyka Dines zmierza w innym kierunku. Męskość nie jest tu głównym winowajcą (ba, często jest nawet ofiarą). „Wiele producentów porno, z którymi rozmawiałam, swobodnie przyznaje, że jest w tym biznesie po to, by zarobić pieniądze, a nie po to by rozwijać ludzką seksualność czy kreatywność”. A co gwarantuje największą sprzedaż? Nie trzeba oglądać pornografii, wystarczy włączyć MTV. Dobra muzyka cieszy większość ludzi, jednak to Warsaw Shore lepiej się sprzedaje.

Jak przyznaje jedna z producentek porno, wywiadowana przez Dines: „With high-end productions pushed to the side to make way for amateurish, extreme content, we created a market for what I call the Porn Olympics… Now it was a question of how far you could push the envelope: how many men can you have sex with in one film, how many dicks can you fit in your orfices, how many ways can you eat cum?”. Dziwaczność, ekstremalność, przemoc i inne charakterystyki współczesnego porno nie biorą się z odwiecznej naturalnej męskiej potrzeby, by zdominować kobietę, ale z uniwersalnych mechanizmów kapitalistyczno-rozrywkowych, w których uwagę przyciąga najmocniejszy środek wyrazu.

Zwiększanie dawki

W polskim przedwojennym świerszczyku „Rakieta” natknęłam się kiedyś na konkurs, w którym prezentowano kobiece nóżki „zdjęte od kostki do kolana” i podpisane pseudonimami. Nie wypadało odsłonić więcej, ba! nie wypadało nawet podpisać się imieniem i nazwiskiem pod fotografią, bo nie było to w dobrym guście, choć ekscytowało niezwykle ówczesnych czytelników!

Mikrofilm „Rakiety”, czasopisma erotycznego wydawanego w Warszawie od roku 1925!

Przenieśmy się w czasie do lat 90-tych… Pamiętacie reklamy firmy pogrzebowej z rozebraną dziewczyną na okładce? Wszyscy zdążyliśmy już przywyknąć do tzw. szczucia cycem. Skoro popkultura stała się coraz bardziej pornograficzna, branża porno musiała zwrócić się ku większej radykalizacji, aby odróżnić się od tego, co znajdziemy na MTV, w popularnych tabloidach czy na bilbordach. Dziś jedną z „technik” są psuedo-child-pornography (PCP) – strony, na których pokazywane są dorosłe kobiety, które wizualnie przypominają nastolatki a nawet dziewczynki. Innym analizowanym przez Dines motywem jest próba przekroczenia zakazu kazirodztwa, czy strony w rodzaju „UseMyDaughter”. Radykalizacja wpływa na stopniową desensytyzację, a ta na ryzyko poszukiwania bodźców, nie mieszczących się w granicach prawa.

Porno = gonzo

Do czego nas to prowadzi? Dines zastanawia się na ile zwiększanie dawki prowadzi do uśpienia normalnych zdrowych bodźców i otwarcia na inne mocniejsze nielegalne formy ekscytacji. To ważne pytanie, ale zarazem najbardziej grząski grunt, po którym stąpa badaczka. Weźmy np. wywiady z mężczyznami skazanymi za posiadanie pornografii z udziałem dzieci, którzy skarżą się na zły wpływ zwykłej pornografii, mający doprowadzić ich do miejsca, w którym się dziś znaleźli. Dines przechodzi tu od analizy tekstu do wykazywania związku z realnymi przestępstwami. Dodajmy – związku, który nigdy nie został naukowo udowodniony.

Przypomina mi to pewien incydent z polskiej prasy. Otóż, w latach 90-tych jedno z katolickich polskich czasopism – na fali walki z pornografią – przedrukowało wywiad z Tedem Bundym, seryjnym mordercą przebywającym w celi, w oczekiwaniu na wyrok. Swoje zachowanie Bundy tłumaczył przypadkowym zetknięciem z … pornografią hard-core w młodym wieku, która zdeprawowała jego niewinną duszę. Czy muszę wspominać, jak łatwo podważono argumenty Bundy’go?

Życie seksualne dzikich w kulturze Zachodu

Znacznie bardziej przekonująco wypadają statystyki dotyczące niekonsensualnego seksu podczas niezobowiązujących spotkań. W dzisiejszej kulturze, w której seks ma coraz częściej miejsce poza kontekstem związkowym (mowa o jednorazowych numerkach), wzrasta też ryzyko gwałtu. Dowodzą tego statystyki niechcianego seksu na amerykańskich campusach. Okazuje się, że stare rozróżnienie na dziewicę/dziwkę znajduje swoje współczesne zastosowanie – jakby kobieta na jedną noc była inną kategorią kobiety niż dziewczyna, z którą chce się chodzić czy związać na dłużej.

Do myślenia daje też np. standard owłosienia łonowego, jaki panuje wśród amerykańskich nastolatek (czyli precyzyjniej, brak owłosienia), a wszelkie odstępstwa od tej reguły traktowane są jako nieestetyczne czy niehigieniczne. I w tym sensie praca Dines jest ogromnie ważna, bo zamiast uogólniających i niemających żadnego praktycznego znaczenia wniosków, pojawia się analiza całego spektrum wpływów, jakie pornografia ma na zwyczaje seksualne, rozumienie płci, mniejszości itd.

Ona temu (nie)winna

Last but not least, Gail Dines analizuje pornograficzny przemysł w szerszej perspektywie. Skoro żyjemy w rzeczywistości, w której 2/3 programów telewizyjnych zawiera średnio 6 scen przemocy na godzinę, w których dziecko, które ogląda bajki przez 2 godziny dziennie, styka się rocznie z 10 000 przedstawień przemocy, a liczba nagich wizerunków kobiet, jakie każdy spotyka choćby w drodze do pracy jest większa niż podobne wizerunki zobaczone przez całe życie wiele lat temu…  to obarczenie pornografii wyłączną winą za przemoc wobec kobiet jest nieporozumieniem.

Te wszystkie argumenty – rola kapitalizmu, mechanizmy pop kultury, przyzwolenie na reprezentację przemocy – nie relatywizują jednak winy pornografii gonzo. Dines nie uniewinnia jej, ale – za co ją najbardziej cenię – daleka jest od formułowania uogólniających ocen i prostych wniosków. Zakaz pornografii nawet nie występuje tu jako postulat.

Dines postuluje za to konieczność stworzenia konkurencyjnej ideologii, która byłaby co najmniej tak silna i przyjemna jak pornografia gonzo. Nie wystarczy krytyka, gonzo nie przestanie istnieć, może co najwyżej przegrać ze swoją atrakcyjniejszą konkurentką. Sugeruje więc, że powinniśmy stawić opór uprzedmiotowieniu naszych potrzeb i fantazji poprzez rynek, i dać własne świadectwo czy też tworzyć własne reprezentacje seksu, bazujące na równości, godności i szacunku.

 

Ocena 7/10

Dodaj komentarz

*