Niedyskretnik

Niedyskretnik Therese Oneill

 

Therese Oneill, Niedyskretnik, Muza, Warszawa 2018.

„Niedyskretnik” to książeczka, która sprzedawana jest jako prztyczek w nos wszystkich kobiet, które marzyły niegdyś by żyć w czasach Jane Austen i sióstr Brontë, w sielskiej posiadłości Downton Abbey lorda Granthama i jego żony Cory albo przechadzać się z Sherlockiem Holmesem ulicami Londynu. Oczywiście wiele napisano już o warunkach sanitarnych, ekonomicznych czy społecznych XIX wieku. Jak jednak wytłumaczyć ten wciąż żywy sentyment do czasów Królowej Wiktorii w popkulturze?

Można powiedzieć, że przeczuwając woń tego pachnidła, nikt ostatecznie nie przełożył go na konkretne wrażenia olfaktoryczne, nie sprowadził np. ogólnych danych o dostępie do wody do szczegółów w postaci mycia głowy raz na 10 dni czy braku toalety. Spragnieni pikantnych szczegółów, chętnie sięgamy więc po anty-poradnik Therese Oneill, która udziela odpowiedzi na najbardziej niedyskretne pytania. O siku, o kupę, o miesiączkę, o czystość, golenie, makijaż, bieliznę, noc poślubną itp.

Moim zdaniem przyczyną popularności tej książki jest jednak fakt, że wszyscy wypieramy fakt, że wciąż jesteśmy Wiktorianami. Zmieniły się czasy, etykiety i szalety, ale ciasny jak gorset system norm pozostał. Mydlimy sobie więc oczy o swobodach i wolnościach, bo mamy kanalizację i podpaski, urządzamy szyderę z Wiktorianek, choć w wielu kwestiach jesteśmy bardziej podobne niż byśmy sobie tego życzyły. Ale po kolei.

Smród, brud i … gorsety

Autorka „Niedyskretnika” zabiera nas do miasta, w którym smog przekracza normy 1000%, zawartość nocników i koszów na śmieci wyrzucana jest codziennie wprost na ulicę, woda bez filtrowania czerpana jest ze zbiorników, otoczonych jednym wielkim szambem, a żywność – bez jakichkolwiek lodówek – psuje się już w chwili zakupienia. Fuuu.

Gdzie załatwiali się pan i pani domu? Najlepiej do nocnika, który stał potem całą noc pod łóżkiem. Jak często się myli? Ze względu na różne poglądy na mycie i niskie temperatury panujące w domu raczej nie częściej niż raz na kilka dni. Jak często zmieniali ubrania? Jeszcze rzadziej – zmieniało się tylko spodnie warstwy bielizny. Jak zabezpieczano się przed krwią miesięczną? I tu odczułam prawdziwą grozę i z rozrzewnieniem pomyślałam o wielkich półkach z różnymi tamponami… W XIX wieku wszystkie pantalony czy inne ówczesne bielizno podobne ubrania miały rozcięcie w kroku, dzięki któremu niektóre kobiety nie stosowały żadnej formy zabezpieczenia. Inne wkładały jakieś szmatki, gałganki, czy cokolwiek innego, co się nadawało. Co później trzeba było uprać i rozwiesić na dworze czy w salonie przy kominku…

Wchodząc na jeszcze bardziej grząski grunt, seks dla panienek z dobrych domów (a to właśnie o tej grupie społecznej, XIX-wiecznym odpowiedniku współczesnej klasy średniej, traktuje ta książka) to była całkowita terra incognita. Teoretycznie wiedzę miały przekazywać matki, niby jakieś podstawowe informacje znajdywały się w poradnikach, praktycznie jednak – jak twierdzi Oneill – kobieta dowiadywała się, na czym polega reprodukcja w noc poślubną. Wychowana do czystości i cnoty dziewice, musiały być przerażone. A wyćwiczeni w domach publicznych panowie, byli upominani przez autorów poradników, by postępowali delikatnie.

Autorka książki, przybierając modną w XIX-wiecznych poradnikach konwencję, zwraca się do nas per „aniołku” strofuje, wyśmiewa naszą wiedzę, szydzi i beszta, sztorcuje i musztruje. Ten upupiająco-infantylny styl, który po kilku stronach zaczyna niezwykle drażnić, nawet bardziej niż szczegółowe wyznaczniki etykiety, pokazuje miejsce kobiety w wiktoriańskiej Anglii. Jest ona lalką na salonach i służącą na zapleczu. Normy obyczajowe wepchnęły ją do bardzo wąskiej niszy, w której może uzyskać szacunek, tylko jeśli spełni nieskończoną liczbę wymogów (jak chodzić, jak siadać, jak mówić, jak się ubierać, jak się zwracać do innych…), a warunki ekonomiczno-sanitarne zapewniły jej obowiązki uniemożliwiające jakikolwiek czas dla siebie. Oplotły ciało siecią niewidzialnych wpływów z zewnątrz, jak i od wewnątrz, do tego stopnia, że ucieczka od narzuconego stylu prowadziła albo do alienacji społecznej, albo choroby psychicznej. Gorset to pikuś.

Pan Darcy i pan Grey

Wracając do pytania zadanego we wstępie? Kto dziś tęskni do czasów Jane Austen i królowej Wiktorii? Odpowiedź brzmi: albo nieskończone ignorantki albo fanki Greya. Te pierwsze dają się uwieść pozorom estetyki (gestom, sukniom, etykiecie uwodzenia, efektownej powierzchni), nie zważając na uwalaną ekskrementami podszewkę. Te drugie są produktem patriarchalnej ideologii, w której kobieta czerpie przyjemność z rezygnacji z wolności. De facto jest podrzędna wobec mężczyzny a jej jedyna wolność rozgrywa się w wyborze między filetem z dorsza a szczupaka na obiad, albo pomiędzy jedwabną parasolką z kościaną rączką a parasolką koronkową z rączką alabastrową. Jej dostęp do wiedzy, władzy, polityki, pracy, pieniędzy, wolności słowa, poruszania się, wyboru własnej drogi życiowej, itd. jest w wyłącznej kwestii rodziny, a potem męża. Na emancypację przyjdzie kobietom poczekać kilkadziesiąt lat. I choć niektóre nie doczekały się jej również dzisiaj, inne próbują ją odrzucić, wzdychając za czasami, w których same za siebie nie ponosiły odpowiedzialności.

Wiktorianie z XXI wieku

Mam jednak pewien problem z tą książką. Dobrze sytuowane XIX-wieczne Wiktorianki kupowały porady, by zostać idealną żoną i gospodynią (na nich wzoruje się Oneill), choć te pisane były w większości przez mężczyzn, którym zależało na utrzymaniu patriarchalnego status quo. XXI-wieczne kapitalistki (a wszystkie nimi, chcąc nie chcąc jesteśmy) kupują takie czytadła, których treść, przyznajmy szczerze, nie jest żadną nowością czy rewelacją… no właśnie, po co?

Dzisiejsza współczesna kobieta z klasy średniej, czytająca New York Timesa (wszak książka Oneill to bestseller NYT), kupuje ten dowcipny pamflet na wiktoriańskie obyczaje niewątpliwie dla lepszego samopoczucia. Biorąc do ręki taki „Niedyskretnik”, czuje się wyzwolona i wolna, bo w przeciwieństwie do Wiktorianek mogła sama sobie kupić tę książkę, jak i może nabyć prawdziwe kosmetyki, podpaski, bieliznę, tabletki antykoncepcyjne, służbę (ach, to dziś troszkę krępujące), samotną podróż w dowolnie wybrane miejsce, zamówić gotowe jedzenie, pranie, prasowanie, a także swobodnie czytać niegdyś zakazane książki, zadawać niedyskretne pytania, mówić o wszystkim otwarcie. Co więcej, może zamieszkać w miejscu, w którym nie ma brudu i smrodu, specjalne filtry oczyszczają wodę i powietrze, a z sedesu rozlega się delikatna muzyczka, by ukryć naturalne odgłosy. W każdym razie jeśli ma pieniądze, jest prawdziwie wolna.

Jeśli przyjrzeć się bliżej, pewne rzeczy zostają jednak niezmienne – jej główne wybory sprowadzają się najczęściej do wyboru pomiędzy sushi a tajską kuchnią oraz między sukienką z Zary albo H&M. Stroi się, dba o formę i estetykę już nie tylko dla męża, ale dla siebie samej, niemniej z jakichś względów nie może tego nie robić. Jej pozycja społeczna w dalszym ciągu zależy od urody, ale też masy innych równie trudnych do spełnienia warunków. Musi być dobrą partnerką, matką, prowadzić dom, ale też świetnie gotować, odnosić karierę zawodową, być fit, mieć życie kulturalne i odkrywać świat. Może co prawda odsłonić nogi, ale już za pokazanie sutka na FB grozi jej 24-godzinny ban. Jej stosunek do prostytutek czy kobiet z innych klas nie uległ specjalnej zmianie – pozostaje raczej w domenie różnicy niż podobieństwa.

Dlatego obawiam się, że o ile jawnym celem „Niedyskretnika” jest szydera z naiwnych wyobrażeń o XIX wieku, o tyle ukrytym jest pochwała nowych wspaniałych czasów. Trzeba by kolejnej książki, aby ukazać jak współczesny kapitalizm modeluje nasze zachowania i normy, wmawiając samozadowolenie i dumę, namawia do kolejnych zakupów, czy modeluje nasze wybory. Książki, która sceny gnijącego z powodu braku lodówek jedzenia w wiktoriańskich domostwach, zastąpiłaby scenami współczesnych farm drobiu, w których kurczaki jedzą inne kurczaki; opisy warstw ubrań noszonych przez XIX-wieczne damy, zastąpiła przemysłem modelingu, a świat prostytutek – dzielnicą czerwonych latarni w Bangkoku. To, że pewne „brudy” zostały outsourcowane poza granice naszych miast i całego zachodniego świata, nie oznacza że przestały istnieć. To że wynaleziono antybiotyki, filtry czy antykoncepcję, nie jest jednoznaczne z tym, że wszyscy mają do niej dostęp. A to że ustanowiono prawa kobiet, że na całym świecie są one przestrzegane.

Dzisiaj spinning, slow-food i proces aplikacyjny na uczelnie wyższe zastąpiły niedzielne spacery po promenadzie, wieczorne odczyty i cotygodniowe salony. Ale nie pomylcie się, służą temu samemu celowi: przekształceniu przywileju klasowego w cnotę indywidualną, a przez to wzmocnieniu dominacji społecznej.

Podczas, gdy nieczęsto widzimy mężczyzn w kapeluszach, a kobiety w halkach paradujących w niedzielę ze swoimi dziećmi, parki są miejscem, gdzie można zobaczyć cnotę i dyscyplinę: współczesna kultura fitness doskonale wpisuje się w dziewiętnastowieczny etos doskonalenia i dyscypliny.

Także zamiast poprawiać sobie nastrój kosztem Wiktorianek, które podejrzewam nie czuły się jakoś strasznie uciemiężone w stosunku do usługujących im praczek czy kucharek, warto zastanowić się, jakim gorsetem ściśnięte są nasze ciała. A zamiast rozpływać się nad możliwościami, jakie możemy kupić na wolnym rynku, warto wrócić do sensu praw kobiet – ruchu zapoczątkowanego przez … zaraz, zaraz… Wiktorianki!

 

Ocena: 4/10

 

https://www.jacobinmag.com/2016/10/victorian-values-fitness-organic-wealth-parenthood

Dodaj komentarz

*