Fynf und cfancyś

Michał Witkowski, Fynf und cfancyś, Znak.

Fynf und cfancyś to kurewskie bildungsroman, to przewodnik żigolaka, a także z kamerą wśród zwierząt świata gejowskiej prostytucji.

Po raz kolejny Witkowskiemu udało się opakować w pazłotko literatury czekoladę niewiadomego pochodzenia. W kraju, w którym każde śmielsze fizjologiczne przedstawienie seksu wciąż może zostać użyte jako biczyk na nieprawomyślnych artystów, autor „Lubiewa” opisuje szczegółowo blaski i cienie kurestwa a także penisy i fetysze konsumentów płatnego seksu. I robi to dobrze.

Mamy początek lat 90-tych. Znikają mury między Europą Wschodnią i Zachodnią. Pierwsze owoce kultury konsumpcyjnej jak czekolady Milka, Rolexy czy „Dynastia” docierają do Polski, Słowacji i Węgier. Ci zdeterminowani zamiast czekać spokojnie na więcej, ruszają samodzielnie na zachód robić pierwsze biznesy. Dwóch młodych gejów – Słowak Dajana Spenser Prins of Łejls („Dianka”) i Polak Fynfundcfacyś – docierają do wiedeńskiego lokalu dla miłośników chłopięcych wdzięków. Obaj są nieletni, niedoświadczeni, nie znają języka ani branży, ale marzą o luksusie („złote pióra Montblanc, roleksy, futra, torby Louis Vuitton, a za każdą nitkę z takiej torby mogłaby żreć tydzień”) i nie czują wstydu.

W miarę rozwoju wydarzeń przyjdzie im zetknąć się z różnymi typami klientów i pośredników, miłośnikami i mafiosami, biedą i luksusem, fanaberiami i fobiami, a także poznać wszystkie mroczne miejsca niemieckojęzycznego świata. Bo po Wiedniu, ich ścieżki zetkną się ponownie w Monachium i Zurychu.  Szalety, spelunki, burdele, dworce, parki, ciasne norki zboczeńców i ekskluzywne wille na wzgórzach – w kilkanaście miesięcy odwiedzą te, na które zasłużą swoją determinacją i pracą. A jak poucza Witkowski – słowami swojego alter ego „Fynfundcfancysia” – prostytucja to nie jest łatwy kawałek chleba czyli bierne „dawanie dupy”, a sama ładna buźka i młody wiek nie wystarczą, by wybić się w tej branży. Dlatego trzeba poznać psychologię klientów, stworzyć swoją własną markę, zaplanować karierę, rozsądnie inwestować swoim ciałem …I o ile Polak bardzo szybko zrozumie reguły gry i złapie kapitalistyczną srokę za ogon, leniwa Dianka niczego się nie nauczy i zacznie się staczać.

„Fynf und cfancyś” staje się więc przypowieścią o dwóch ciotkach: leniwej i ambitnej. Z dużą błyskotliwością Witkowski podmienia tradycyjne wartości na te, przydatne w nowej kapitalistycznej rzeczywistości. Zamiast cnoty – bezwstydność, szczerości – kreacja, doświadczenia – determinacja, idealizmu – materializm. I tylko pracowitość łączy jako pozytywna cecha bohaterów wszystkich paraboli od zarania dziejów. Bo w kapitalistycznym świecie nie ma większej rozpusty niż sukces finansowy. A seks staje się tak jak wszystko inne przedmiotem transakcji.

Potem nastąpił ten cały niby to seks, majngot!, raczej jakiś rodzaj łóżkowej psychoterapii (…) Ale czuł się w obowiązku <<uprawiać seks>>, skoro już miał zapłacić, i nie wiadomo było, który z nas dwóch się bardziej zmusza i udaje. Każdy za to czekał, żeby już drugi mu zaliczył.

To, co czyni tę książkę wyjątkową to socjologiczne obserwacje ze świata prostytucji. Oczywiście nie zaskoczy nikogo związek seksu z kasą, opisy różnych zboczeń (miłośnicy skarpetek i pieluch) czy beznamiętny charakter samej branży:

Facet jak facet. Każdy składa się ze ściemy, ceny, drogi S-Bahnem, metrem, a jak dzień wypłaty, to i taksówką, mieszkanka mniej lub bardziej z powodu starokawalerstwa zaniedbanego, kwiatków na parapecie mniej czy bardziej zasuszonych, jakiegoś imienia, co się zapomina, Klaus, Otto, byle nie Jurgen.

Jednak w niewielu książkach z taką konsekwencją pojawia się motyw atrakcyjności seksualnej niezależnej od atrakcyjności fizycznej. Czyli seksu potraktowanego jak temat sam w sobie, jako pewien fenomen. I w tym sensie rozpoznanie Witkowskiego może być pochwałą potęgi seksualnej natury człowieka, która niezależnie od wszystkich cenionych przymiotów świata jak uroda czy pieniądze, rządzi się swoimi prawami i tworzy własne hierarchie. Przede wszystkim jest niespodzianką i przygodą, spotkaniem z innością, która dekonstruuje wszystkie stereotypy, założenia, uczone przedsądy. Demokratycznym żywiołem.

Dziwna jest seksualność: nie podniecisz się z pięknym chłopcem, bo jego ciało, jego wygląd obiecały ci za dużo i sam seks nie jest w stanie tych wszystkich obiecanek spełnić, a tu nagle bierze cię klient wstrętny, stary, garbaty i takie uniesienia, kto by pomyślał!

Z drugiej strony jednak – jedynym pozytywnym bohaterem tej książki jest cwana prostytutka (tytułowy Fynfundcfancyś), która tę wiedzę potrafi odpowiednio spieniężyć. Więc nie chodzi o stworzenie nowego antyromantycznego kanonu ciała czy jego naturalistycznego opisu, ale o wygraną w bajce z prostackim morałem. I trochę szkoda niewykorzystanego potencjału.

Drugi wątek wart uwagi to propedeutyczny przewodnik po fizycznych aspektach seksu. I Witkowskiemu – jak pisałam – nie chodzi o antyromantyzm, ale praktyczne porady, jak sprawnie wydatkować i oszczędzać libido (nie pić za dużo, dbać o właściwą dietę itd.), uwodzić partnerów („Ludzie bardzo rzadko płacą za sam seks”), postępować z różnymi typami kochanków – od fetyszystów po impotentów.

Problem z tym seksem z impotentami był taki, że nie było niestety naturalnego końca, jaki u zdrowych samców wyznacza orgazm, jedno przeciągłe stęknięcie, co dla Di brzmi jak dzwonek na fajrant. Tu nie było końca i sprawa się dłużyła, Di postanowiła, że chociaż ona może się spuścić, i miejmy nadzieję, że jak dziadek dostanie gorącym po twarzy, to już jej to zaliczy.

Co do samego języka. Tak jak w każdym filmie czy każdej książce o prostytucji i tu sam akt seksualny jest najmniej interesującym, wręcz nudnym powtarzalnym zadaniem. Witkowski wprowadza kilka ciekawych zwrotów (zwłaszcza spolszczonych „buzerant”, „strich”, „szwanc”), ale do historii polskiego języka pornograficznego wejdzie przede wszystkim jeden – „fynfundcfancyś” czyli tytuł książki, zarazem pseudonim jednego z jej bohaterów i narzędzie pracy, określone tak ze względu na rozmiar penisa w wzwodzie. A że w samej materii tekstu pada niezwykle dużo wskazówek jakoby główny bohater miał wiele wspólnego z autorem, poczynając od samego imienia po literackie predylekcje na różowym pluszaku kończąc, autor bezprecedensowo wykorzystuje literaturę do promocji siebie. Owija w pazłotko literatury swojego czekoladowego batona.

 

Ocena: 8/10

Komentarz

  1. Przegapiłam, nie czytałam, do nadrobienia. Ale wolę Witkowskiego z mniejszą ilością seksu, stawiam na „Drwala”, nie „Lubiewo”, więc „Fynf…” pewnie też mnie wymęczy.

Dodaj komentarz

*