Czarodziejki.com

 

Ewa Egejska, Czarodziejki.com, Octopus Centre 2007.

To przedziwna książka. Z jednej strony – pozycja non fiction napisana przez młode warszawskie pracownice seksualne, wydana własnym sumptem pod pseudonimem, w dodatku z przedmową prof. Marii Szyszkowskiej. Trudno o lepszy gwarant szczerości i autentyczności, prawdziwego głosu ze środka, na przekór stygmatyzującym dyskursom, w jakich umieściło je społeczeństwo. Nigdy wcześniej polskie pracownice seksualne nie miały tak bezpiecznej przestrzeni, by opowiedzieć, jak one same postrzegają swoją pracę.

Z drugiej strony – już sam tytuł budzi pewne wątpliwości. Bo to nie tylko tytuł książki, ale zarazem i adres dawnej witryny internetowej, na której ogłaszały się pracownice seksualne. Pojawia się pytanie, czy prawda, która jest na sprzedaż nie traci nic z prawdziwości? Czy wyznania zatrudnionych w branży nie są w jakimś stopniu manipulowane, autocenzurowane, ubarwiane, by zjednać nie tylko czytelnika? Zwłaszcza że padają konkretne informacje, prawie dokładny adres „prywatki”, czyli warszawskiego mieszkania, w którym pracują autorki. Nie mówiąc już o tym, że ryzyko ich rozpoznania przez choćby szefa agencji czy policję jest bardziej niż prawdopodobne, dlatego te „wyznania” nie powinny być żadną rewelacją… Wątpliwości jest więcej.

Słowo na „p”

Mówią o sobie „czarodziejki”. Bo ich fach polega na czarowaniu klientów, stworzeniu im „namiastki uczuć i emocji”, byciu „partnerką, przyjaciółką, powierniczką”. Jakby ich praca sytuowała się nie w rejonach szarej strefy, wstydliwej i tabuizowanej działalności na granicy prawa, ale w obszarze ważnej funkcji społecznej, pograniczu rozrywki i psychoterapii. Czasem przekonują o zaletach takiego wyboru – świetnych pieniądzach, poznaniu prawdziwego życia i natury facetów, pozbyciu się złudzeń i seksualnym wtajemniczeniu, na jakie nie mogą liczyć zwyczajne kobiety:

Obserwowanie tych ich wielkich, umięśnionych ciał, wodzonych przez nas na pokuszenie, powodowanie tych zaskakujących napięć i naprężeń, rozkoszowanie zaspokajaniem się, wylizywaniem i smakowaniem ich, szukaniem granic niemożności, doprowadzaniem do ostatecznego wybuchu i namiętne pogrążanie się w nim! Wow! No nie ma nic piękniejszego! Chwała Bogu za te możliwości! Biada tym, co nie są w stanie tego poczuć …

Gdy opisują ze szczegółami doświadczenie i umiejętności, jakie zdobyły w zawodzie, gdy bezwstydnie piszą, że dobre „dwa baty” to najbardziej satysfakcjonujący seks, jakiego można zawrzeć w życiu albo opisują orgazm, jakiego zaznały z klientam w najmniej oczekiwanych sytuacjach, sprawiają, że prawie im zazdrościmy. Najczęściej jednak opowiadają o pracy seksualnej jak o zwykłej pracy: rutynie, higienie, dolegliwościach, pogaduszkach z innymi dziewczynami, stałych klientach, typowych pracowych ploteczkach. Choć termin „pracownica seksualna” nie pada tu ani razu, za to „kurwa”, „dziwka”, czy „prostytutka” – owszem, i wcale niekoniecznie jako stygma.

Zdarzają się również bardzo przejmujące wątki, jak historia Viki, która poszła do „burdla”, bo karmiła dziecko piersią a sama nie miała, co jeść. Albo Róży, która została zgwałcona przez klienta. Albo Sylwii, która została „tylko” zwyzywana i upokorzona. Albo Moniki, która usuwała ciążę w 5 czy 6 miesiącu. Magia znika. Ale one nie wybielają swojej profesji, nie negują traumatycznych doświadczeń, ale mówią szczerze:

Każda kurwa ma swoją łzawą historię. I nie jest to bluźnierstwo, lecz kwestia, którą Richard Gere powiedział do Kim Bessinger w filmie „No mercy” Richarda Pearce’a. Ale taka jest prawda. Bo jednak rzadko która dziewczyna trafia do tej roboty z przyjemności. Większość ma problem, potrzeby, jakieś fatalne doświadczenie, w najgorszym przypadku zdecydowała się zmarnować sobie kilka lat życia, żeby nie marnować go całego w ogóle, żeby wyrwać się z zaklętego kręgu niemożności, biedy i zacofania.

Inne słowo na „p”

Naczelną zasadą branży jest zarobić jak najwięcej i się nie przepracować. Tu przede wszystkim liczą się pieniądze – liczone za każdy element gry miłosnej. Czym innym jest godzina z klientem, czym innym francuz, francuz bez gumy, francuz z połykiem czy finałem na ciało, niestandardowa fantazja, a nawet pocałunek. Wszystko tu rozmienia się na drobne, ustala z góry, negocjuje i opłaca. Za drzwiami sypialni górę bierze ekonomia.

I choć reguły są od początku jasne, zdumiało mnie, ile miejsca poświęca się próbie ich złamania albo choćby naciągnięcia. Dziewczyny próbują ułatwić sobie pracę, a ich klienci – naciągnąć je na gratisowe świadczenia. W rezultacie nieustannie próbuje się wykorzystać brak czujności drugiej strony. W warunkach największej intymności, uniesienia i błogości, toczy się wojna płci, pełna podchodów i kalkulowanych na zimno wybiegów. Techniki mogą być różne: upicie klienta, namówienie go na rozmowę, umiejętne zaspokojenie, by seks nie trwał za długo, wszelkie niepenetracyjne „sztuczki” jak dominacja czy sporty wodne, unikanie młodzików itd. Mając po kilkunastu klientów dziennie, muszą przecież wypracować metody przetrwania:

Bo jak tak porządnie sobie postękałam, powzdychałam i pojęczałam jak mnie bzykali, to oni wtedy się bardzo szybciutko spuszczali i ja mniejsze straty miałam, prędzej i lżej mi to szło.

Dzięki „Czarodziejkom”, zobaczyłam w tych przechwałkach coś więcej niż oszustwo, spryt czy blagę. Dotarło do mnie, że sztuczki pozwalają im choć przez chwilę być górą w tym nierównym z założenia układzie. Poczuć dumę, w sytuacji której zmuszone są obsłużyć klienta tylko dlatego, że ma pieniądze. Możemy te supermoce nazywać przebiegłością czy sprytem, ale to one sprawiają, że dziewczyny nie są już ofiarami, zmuszonymi przez okoliczności życia do zawodu, ale zawodowymi aktorkami w teatrze jednego widza. Więc może nazwijmy je inaczej – talent kupiecki, umiejętność handlowania ciałem, przekucia odwiecznej sztuki erotyzmu na własny zysk, a także pracowitość (bo nawet w najlepszej możliwej konfiguracji to bardzo ciężka fizycznie i emocjonalnie praca) – to dzięki nim co pojętniejsze nie tylko utrzymają się na powierzchni, ale dopłyną do wymarzonej rajskiej wyspy – względnej zamożności czy poznaniu stałego sponsora/męża.

Mężczyźni

 Niezależnie od warstwy emocjonalnej, zaczynasz myśleć o nich i na nich patrzeć wyłącznie jak na pieniądze. Nawet o najprzystojniejszych z nich. Jak na zwykły dochód i zwykłą pracę.

Za drzwiami „burdla” relacje z mężczyznami również opierają się na spełnieniu lub niespełnieniu potrzeby stałego dopływu pieniędzy. Miłość straciła na znaczeniu, bo i mężczyzna stracił. Poznany w setkach, a nawet tysiącach egzemplarzy, reprezentant najróżniejszych klas, zawodów, narodowości, ras i rozmiarów, nie jest już istotą z Marsa ani księciem z bajki, tylko kimś, kto prędzej czy później zdradzi.

Można by rzec, że obcując ze specyficzną grupą mężczyzn, jaką są bywalcy domów publicznych, alfonsi czy prywatni sponsorzy, kobiety z seksbranży mają wypaczony obraz facetów. Ale jeśli się nad tym dłużej zastanowić, to przypomnijmy – jak twierdzili francuscy strukturaliści – porządek społeczny ufundowany jest na podstawowej ekonomii wymiany kobiet przez mężczyzn. Innymi słowy, to jak urządzony jest nasz cywilizowany świat, wynika z tego, że samce naszego gatunku umówiły się między sobą, które samice mogą krążyć w obiegu, z którymi można się żenić, a z którymi nie. Skoro więc kobietom przypada taka a nie inna rola, to czy każdy mężczyzna nie jest w mniejszym lub większym stopniu alfonsem?

Walka płci się jednak nie dokonała. Zawsze mi na nich będzie gula waliła. Strasznie chujowy ten cywilizacyjny układ i stereotyp: oni zamożni, a my młode, bierne, leniwe i im oddane. Dlatego trzeba ich wykorzystywać ile się tylko da! A do tego – czarować!

Dlatego choć w tej walce płci zdarzają się czasem niespodziewane gratisy, których nie uwzględnił cennik ani reguły gry – jak orgazm, czułość, chwila intymności, która wyrywa z rutynowej obsługi, nawet miłość – to nie zmieniają one zasadniczej filozofii życia. Dlatego czarodziejki wierzą w jedno – niezależność finansową. I to wierzą żarliwie.

Dodaj komentarz

*

Za dużo tekstu?Więcej obrazków znajdziesz na Facebooku