Maja Berezowska

Zobacz galerię 15 zdjęcia

Maja Berezowska w pamięci powszechnej zapisała się jako wyborna ilustratorka arcydzieł literatury staropolskiej (Reja, Kochanowskiego, Potockiego), współczesnych fraszek i satyr (Sztaundynger, Samozwaniec) oraz – jak przypomniał ostatnio film Marii Sadowskiej – pierwszego wydania „Sztuki kochania”. Jej lekki konturowy rysunek piórkiem lub tuszem, podmalowany akwarelą, kojarzy się przede wszystkim ze scenkami obyczajowymi, przedstawiającymi młodych kochanków w kostiumach lub – jeśli mowa o czasach współczesnych – bez. Postaci ujęte są zawsze w ruchu, „podpatrzone w sposób ironizujący, ale nie złośliwy”. Młodzi blond efebowie adorują kapryśne współczesne boginie, które przeciągają moment konsumpcji, by jak najdłużej smakować chwilę. Gdzieś w tle Eros napina łuk, obnażane jest ciało, pierwsze pocałunki zostają przyjęte…

Jakby ludzka seksualność nigdy nie przekroczyła bram raju, nie napotkała śmierci i tragizmu XX-wiecznych kataklizmów (Berezowska była w Ravensbruck, doświadczyła też przemocy domowej ze strony męża boksera),  jakby nigdy nie dostała się w szpony dyskursu (malarka należała przecież do Rytmu, przyjaźniła się z członkami awangardy), jakby wciąż panował XVIII wiek. Jej rysunki wolne są całkowicie od chrześcijańskich zahamowań, ale też znajomości francuskiego kanonu literackiego, gdzie seksualność jest stanem świadomości bliskim śmierci lub obłędu. Za to garściami czerpią ze starożytnej kultury Morza Śródziemnego (amorki, blond włosi bierni efebowie i współczesne boginie), włoskiego renesansu (piękno i harmonia ludzkiego ciała) i staropolskiej frywolności (niewinne obłapki).

Seks u Berezowskiej bywa pełen namiętności, delikatności, żaru, smutku, radości, lekkości, pikanterii i najchętniej wyswobodziłby się z krępujących materiałów, jak i sama Berezowska, która w podeszłym wieku pozowała do magazynu kobiecego w lekkiej sukience, bez usztywniającego stanika, nie bacząc na potężny wylewający się biust.

Zdjęcie Marii Berezowskiej w obiektywie Zofii Nasierowskiej, źródło: wysokieobcasy.pl

To rzadkie jak na polskie kanony podejście do seksu. Bez wstydu (nie brakuje krętych włosków łonowych i sterczących penisów), ale i wulgarności, bez tragizmu, ale i bez ekstazy. Berezowska nie była żarliwą mistyczką, ani wojującą ateistką. Wydawała się sensualistką, bezkrytycznie wierzącą w piękno.

Bez miłości nie byłoby życia. Dla mnie nie ma nic wspanialszego niż ciało ludzkie i póki żyję, będę je rysować. Jak najpiękniej! – mówiła w latach 70-tych.

Na jej grafikach ludzkie pożądanie jest naturalną, przyjemną funkcją. Nie ma tu niczego sprośnego ani występnego, nie ma mistycznych ekstaz ani nie odkrywa się jakiejś niesamowitej Prawdy o ludzkiej naturze. Seks to seks. I bardziej niż atak epilepsji przypomina ucztowanie, sport, hodowlę kwiatów. Patrząc na kochanków Berezowskiej, nie czujemy się voyerami, żerującymi na czyjejś rozkoszy. Raczej zerkamy przyjaźnie, co jest konsumowane na stole współbiesiadników, obserwujemy zapasy albo podziwiamy świeżo zakwitnięty storczyk. Jak pisała Susan Sontag niewielu ludzi doświadcza całej palety uniesień seksualnych, jak też niewielu doświadcza silnych stanów mistycznych w praktyce religijnej. Dlatego ilustracje Berezowskiej nigdy nie były przyczyną skandalu. A swoją popularność zawdzięczają błyskotliwemu połączenia kilku tradycji, tak tematycznie jak i estetycznie, jak i niegroźnemu sentymentalizmowi. I choć nie są one specjalnie ciekawe poznawczo ani odkrywcze estetycznie, mam do nich duży sentyment.

Dodaj komentarz

*