American Psycho

 

Bret Easton Ellis, American Psycho, tłum. Jędrzej Polak, Wydawnictwo Vis-à-vis Etiuda, Kraków 2018.

Gdy po raz pierwszy oglądałam „American Psycho” niedługo po premierze filmu w 2000, zwyczajnie go nie doceniłam. Po prostu kolejna produkcja o psychopatycznym mordercy – myślałam wtedy – no może brawurowa kreacja Christophera Bale’a i kilka scen, które zapisały się nie tylko na indywidualnych, ale też popkulturowych dyskach pamięci. Jak ta z porównywaniem wizytówek, uroczo igrająca z konwencją porównywania penisów w męskich szatniach. Albo poranna higiena współczesnego samca alfa. Czy scena seksu, w której Bateman pieprzy od tyłu panienkę i jednocześnie pręży muskuły przed lustrem. To mi zostało w głowie.

Jednak film obejrzany po latach okazał się uderzająco trafnym komentarzem naszej codzienności. Psychopata – produktem kultu powierzchni, jaki zapanował. A jego nóż – współczesnym stendhalowskim zwierciadłem przechadzającym się po dziedzińcu. Ale w swojej mocy przewidywania pewnych zjawisk to książka Breta Eastona Ellisa z 1991 roku ociera się o wybitność.

Yuppie

Młody wielkomiejski przedstawiciel wolnego zawodu, jak po polsku tłumaczy się termin yuppie, był fenomenem lat 80- i 90-tych, pewnym stylem życia, kierunkiem aspiracji, modą, która równie szybko narodziła się i przebrzmiała, ale której konsumpcyjny tryb życia i pochwała powierzchowności przetrwały do dziś. Przedstawicielem tej grupy jest właśnie Patrick Bateman, główny bohater „American Psycho”. Ma 27-lat, pracuje jako makler giełdowy w Pierce and Pierce, mieszka w białym apartamencie na Upper East Side a w swojej windzie spotyka czasem Toma Cruise’a. Jada lunche i brunche w najlepszych restauracjach Nowego Jorku, kupuje w najdroższych galeriach, umawia się z najseksowniejszymi panienkami z towarzystwa, a jego idolem jest Donald Trump. Co można o nim powiedzieć więcej? Jest młody, przystojny, obsesyjnie skupiony na tężyźnie fizycznej i drogich markach ciuchów, które wkłada, ma narzeczoną i kilku kumpli z pracy, z którymi imprezuje po nocach, słucha Genesis, pije wodę Evian albo piwo Corona… i no właśnie, jest seryjnym mordercą.

Żmudne i nudne opisy jego życia przetykane są chwilami wyuzdanego seksu albo odrażających morderstw, a najczęściej jednego z drugim. Po co? By pokazać, że tylko mord z lubieżności może stanowić jakąś „rozrywkę” dla zblazowanych wilczków z Walt Street? Przeciwnie, by udowodnić coś trudniejszego do przyjęcia – że jedno od drugiego wiele się nie różni. Że wyuzdany seks nocą nie odbiega od nudnej konsumpcji za dnia. Że chwile obiadu z narzeczoną czy obdzierania prostytutki ze skóry rządzą się tymi samymi prawami. Bo dzień i noc są awersem i rewersem tej samej monety. A Patrick Bateman nie jest anomalią tego świata, ale jego nieodrodnym synem. I naszym bratem w erze późnego kapitalizmu.

Pożreć wszystko

Opis codziennej pielęgnacji twarzy ciągnie się przez kilka stron, podobnie jak katalogi noszonych przez Batemana i jego towarzystwa ubrań, kupowanych przez niego ultradrogich sprzętów, wymyślnych dań zamawianych w restauracjach czy jałowych rozmów, jakie prowadzi z kolegami, w zasadzie nie wiadomo o czym. Długie, pozbawione charakteru czy jakiejkolwiek finezji opisy ciągną się w nieskończoność, nie posuwając fabuły do przodu, nie pogłębiając wiedzy o głównych bohaterach czy środowisku, w którym żyją. To tak, jakbyśmy czytali na zmianę ofertę domu Sotheby, katalog nowej kolekcji wiosna/lato od Armianiego, menu drogiej restauracji, salda bankowe ludzi w niej się znajdujących, a na końcu oglądali porno. Wszystko poddane jest jakiejś diabolicznej potrzebie ewidencjonowania, wymienienia każdej pozycji, przeliczenia wszystkiego na dolary. Jakby nawet w języku trzeba było skonsumować wszystko, co możliwe – opisać, nazwać, wymienić, wchłonąć, posiąść. I w tej nudzie tkwi właśnie metoda.

Tu nie chodzi o przyjemność – wielu dań bohaterowie nawet nie jedzą, nie o jakość czy piękno – decydują marki i ceny a nie realne właściwości rzeczy, nie o indywidualność – ubrania yuppies są tak pozbawione charakteru, że bohaterowie nieustannie mylą jednego z drugim. Nawet nie chodzi o lans, bo bariera między uprzywilejowanymi a tymi z niższych pięter hierarchii, sprawia, że różne klasy społeczne nie spotykają się, więc i nie ma przed kim szpanować. Więc po co to wszystko?

Jeśli Boga nie ma to …

W świecie, w którym nie ma – powiedzmy szumnie – Boga, ale też żadnego z jego uzurpatorów, jak Natura, Prawda, Dobro, Inny… pozostała Konsumpcja. Gdy rozmyły się wszelkie wartości, zasady i reguły, konsekwencje widać na poziomie błahych ludzkich spraw. Rzeczy straciły swoją realną wartość, bo co by miało o niej decydować poza ceną, z resztą mocno spekulacyjną (w końcu jesteśmy w świecie maklerów giełdowych). Ludzie – nie tylko ofiary – przestali być podmiotami, bliźnimi, jak zwał tak zwał, bo każdy stał się liczbą, zasobnością portfela, wieszakiem na drogie ubrania. Nie mają sensu romanse, miłość, przyjaźń, rozum, rodzina, chyba że pomnażają kapitał, zwiększają wartość jednostki.

W tym świecie rządzi liczba. Wielka Liczba. I fenomenalnie widać to również w sposobie narracji. Choć wymienianie w nieskończoność kremów nawilżających i ujędrniających skórę, ćwiczeń czy sprzętów audio, kochanek, potraw, drinków czy kresek wciągniętej kokainy, może się początkowo wydawać pustą konsumpcją, to wpisane w szerszą ramę, jest jedyną możliwą formą rozwoju bohatera. Z resztą nie tylko w „American Psycho” – czyż nie tak dziś postrzega się rozwój jednostki? Liczbą kochanków, posiadanych nieruchomości, zaliczonych miejscówek, obejrzanych filmów? A tam, gdzie mnoży się aktywa i pasywa, alkohole i narkotyki, kochanki i dziury, ofiary i tortury, tam również odejmuje się to, co nie zgadza się w rachunku. Bezdomnych, wrogów, prostytutki, konkurentów. Konsumpcja czy seks to czysta operacja dodawania, mord – odejmowania.

Nekrosadyzm?

Popatrzmy przez chwilę na seks. Jak bardzo wymowny jest dla „filozofii” bohatera końca wieku. Seks Patricka Batemana to żadna tam przyjemność – niech wyszukane trójkąty czy silny orgazm was nie zwiodą. To abstrakcyjna matematyka – im więcej otworów, tym więcej koniecznych kombinacji, byle wyczerpać wszystkie możliwe układy. To również teatr – wybór dekoracji, bohaterów, imion, gestów, byle nie wydarzyło się nic przypadkowego: „wyobrażam sobie ludzi, rzeczy i zdarzenia w taki sposób, w jaki mogłyby się pojawić na ekranie, nawet słyszę narastające crescendo orkiestry zza kadru”. Głównym zadaniem jest skomponowanie ciał w żywe obrazy jak w filmie porno: „pornograficzny montaż – z tych najbardziej wyuzdanych”. Akrobatyczna kopulacja, bo Bateman musi we wszystkim być najlepszy. Dlatego właśnie trzeba wszystko przemyśleć, zadbać o każdy detal, inaczej utraci się kontrolę. I roztrwoni energię.

Bateman jako hedonistyczny konsument porzuca wszelki umiar – tak jak nie zwykł jadać prostackiego chleba, nie uprawia prokreacyjnego seksu. Interesują go stany graniczne – niemniej nie jest filozofem czy artystą, ale miłośnikiem pornografii, to tam czerpie inspiracje, poszerzając skalę doznań. Seks nie ma jakiegokolwiek charakteru zbliżającego go z drugim człowiekiem, to „relacja pana i niewolnic, a raczej pana i seksualnych gadgetów”. I to nie pożądanie nim powoduje, to za mało wyrafinowane, ale perwersja – rozkosz bez jakichkolwiek ograniczeń.

Seks przeradza się więc w ekstremalną przemoc. W ruch idą noże z ząbkowanym ostrzem, pistolet do wstrzeliwania gwoździ, taśmy izolacyjne, druty, siekiera… Scenę wypełniają hektolitry krwi, walające się części ciała, odrywane i skórowane ciała, nawet po śmierci torturowane i gwałcone: „Unoszę głowę w ręku jak trofeum. Drugą rękę kładę na chuja – purpurowego z podniecenia. Opuszczam głowę Torri, wpycham się w zakrwawione usta i zaczynam pierdolić, aż do eksplozji orgazmu. Po wytrysku jestem tak twardy, że mogę chodzić po zalanym krwią pokoju, nosząc głowę – ciepłą w środku i lekką jak piórko – na chuju”. Jak Markiz de Sade bohater mógłby powiedzieć „Ech! Co mi tam zbrodnia, bylebym tylko doznawał rozkoszy”, bo w tym świecie pewna grupa wszechpotężnych jednostek dzięki pewności siebie i sile może wznieść się ponad prawa i przesądy.

Mord z lubieżności jest świętem. Przekroczeniem wszystkich ludzkich ograniczeń, nadmiarem i czystym wydatkowaniem. Rozrzutnością milionera, który jest tak bogaty, że może spalić pieniądze, co nie mieści się w głowie zwykłego zjadacza chleba. Ekscesywnie przekraczając wszelkie możliwe granice, Bateman sięga niemożliwego. Staje się bogiem. Ale… na szczytach oczywiście panuje pustka, apatia i dezintegracja ego. Ale czego innego można się było spodziewać?

Markiz z Wall Street

Dziś po lekturze„American Psycho” nie uderza mnie już wyuzdany seks czy najbardziej zbrodnicze tortury, ale wyczucie Ellisa, że pewien typ społeczeństwa musiał stworzyć takiego potwora. Skoro wyabstrahowane mechanizmy giełdowe – których Patrick Bateman jest uosobieniem – są w stanie wpłynąć na losy milionów ludzi, zdewaluować pracę rąk czy urobek życia, w jednej chwili pozbawić każdego wszystkich oszczędności i wtrącić w ubóstwo, to jaką wartość w tym świecie ma ludzkie życie? Jeśli systemowa przemoc jest naturalna, sytuuje się w „obiektywnych prawach rynku”, niejako poza dobrem i złem, to czemu ma nas zdziwić czy oburzać konkretny jednostkowy mord? Upojenie, sytość, nadmiar, które kierują życiem Batemana są przecież podstawą porządku społecznego, gdzie ciągły zysk usprawiedliwia każde posunięcie.

Jednak najbardziej fenomenalny w prozie Breta Eastona Ellisa nie jest tylko doskonały obraz późnego kapitalizmu liberalnego i jego dzieci, ale pokazanie, że w swojej filozofii nie różni się on od libertyńskiego projektu Markiza de Sade’a, swoistej porno-teologii, którą stworzył. Zdumiewające, że to, co u Sade’a było nierealnym projektem myślowym, pod koniec XX wieku przybrało postać dominującego systemu gospodarczego i modelowego życia. I ta paralela jest bardziej potworna niż potworność Patricka Batemana.

 

ps. Doskonały odcinek o filmie„American Psycho” nagrał Michał Oleszczyk w swoim podcaście SpoilerMaster: https://open.spotify.com/episode/5PpTqjMqCrCYavsd2PnD8l Bardzo polecam!

Dodaj komentarz

*

Za dużo tekstu?Więcej obrazków znajdziesz na Facebooku